Konrad Jakub Arped-Friedman
Komentarze
Chyba "Takiej samej ilości lądowań, co startów".
Innymi słowy, szlachetna dama Anna wybiera się na Wolną Erekcję.
Czyli w następnym wydaniu już wiem czego się spodziewać?
"Redakcja zajmuje się sprawami erotyki damsko-meskiej (...)"

Co z erotyką damsko-damską?
Serduszko za sucze szpilki.
Mało tego, w logo obywatela Otto von Spee jest wizerunek Adolfa Hitlera przemawiającego na wiecu NSDAP, a z układu jego warg można wywnioskować, że nawołuje do nienawiści na tle rasowym.
Nie porównywałbym wulgarnej, żenującej copypasty internetowej dla gimbusów, z zabytkiem literatury polskiej jaki miałem zaszczyt omawiać na lekcjach języka polskiego, w trakcie mojej nauki w liceum.
Dobre buty, ubierałbym.
Nabioro kredytów a potem palo opony przed Kancelarią Kanclerza, bo nie majo za co zwrócić.
Oskarżałbym!
Standard dla naszych czasów — wszechobecna poprawność polityczna i zarzuty o seksistowskie treści oraz doszukiwanie się homofobii.

Lewica rulez.
FL Studio, mam 11, bardzo fajna zabawka.
Są pewne umiejętności, które wykształcony i cywilizowany człowiek powinien opanować niezależnie od kierunku studiów.

Informatyk powinien potrafić posługiwać się językiem polskim, podobnie jak polonista powinien znać się na matematyce.

Nie chodzi mi tutaj o odwoływanie się do konkretnego przypadku z góry, mówię o sytuacji ogólnej.
Tu nie chodzi o definicje podręcznikowe, ale o sens. To po prostu nie pasuje i tyle. A czy to real czy nie, to przecież posługujemy się językiem polskim i słowa nie zmieniają swoich znaczeń.

Równie dobrze mogę napisać, że "miasto stołeczne" to słowo z reala, ale czy tutaj jesteśmy w realu? Nie, więc takie słowo nie istnieje u nas.

Po prostu średnio to pasuje i tyle.
Miasto stołeczne a stolica to jednak nie to samo. Mimo wszystko to pierwsze zarezerwowane jest dla stolicy kraju. Nie wyobrażam sobie nazywania Koluszek miastem stołeczny, bo jest siedzibą władz gminy.
Ale próba kodyfikacji czegoś co mimo wszystko działa, może stworzyć dodatkowe problemy których teraz nie ma. Na przykład z partiami lokalnymi, albo kto ma rozstrzygać w kwestiach łamania regulaminu partii? Czy TK może nakazać przywrócenie członka do partii? A jeżeli tak, to w jakim trybie? Co w przypadku, kiedy partia mimo wszystko, wbrew regulaminowi czy statutowi nie przyjmie takiego członka z powrotem? W Kodeksie Sprawiedliwości nie ma wzmianki na tej temat. Więc jakie kary za złamanie regulaminu?

To są konsekwencje tylko jednego przykładu podanego przez Szanownego Pana. A gdzie tam reszta zapisów ustawy.

Uchwalenie takiej ustawy przez Sejm, wymagałoby dalszych zmian w ustawie o prefektach, w ustawie o TK, być może nawet w Konstytucji. A przecież nie mamy żadnych problemów z partiami politycznymi. A te które są tutaj podawane jako argumenty za tą ustawą, to i tak pikuś przy ewentualnych konsekwencjach wejścia niniejszej ustawy w życie. Skutki negatywne są niestety większe niż ewentualne korzyści oraz same problemy które istnieją teraz, są o wiele mniejsze niż te które dopiero zaistnieją.

Czy istnieje jakiś większy problem z partiami w KS? Nie sądzę. Ja tutaj widzę, że zamiast typowej ścieżki postępowania w postaci "jest problem -> szukamy rozwiązania", mamy "zróbmy rozwiązanie, a potem szukajmy problemów które ono rozwiązuje". Bo IMO najpierw był pomysł ustawy, a potem kombinowanie, do czego ona może służyć.
Niepotrzebna inflacja prawa. Takie typowo lewicowe podejście — jeżeli coś działa dobrze, to trzeba to uregulować.
Mały błąd: "za kilka godzin wszyscy będziemy się w oczekiwaniu na rozpoczęcie następnego 2016 roku".
Marszałek nie ma prawa nakładać kary na posła, bo to nie marszałek wybrał posła do Sejmu. I nie on decyduje, jak wyciągać konsekwencje za brak działań do których się zobowiązał wobec wyborców, tylko - będzie zdziwienie - właśnie wyborcy. Komu szkodzi taka postawa posła, jego wyborcom czy Marszałkowi czy Sejmowi? Więc kto powinien to oceniać? A jeżeli odmowa udziału w głosowaniu jest jednym z punktów programu wyborczego posła?

Marszałek nadający kary za niewywiązywanie się z obowiązków względem wyborcy (a nie względem Sejmu), to jak sąsiad który karci obce dziecko za brak posłuszeństwa wobec rodziców tego dziecka. Może niech się tym zajmie jego własna matka?

Dlatego uważam za słuszne zniesienie kar za takie coś. Co innego kwestia wynagrodzeń. Jak pisałem w Sejmie - powyżej 90% aktywności w głosowaniach = 100% pensji. W innych przypadkach pensja jest równa aktywności. 0% = 0 lt, 55% frekwencji - 55% pensji itd.

Czym innym jest karanie, czym innym uzależnienie pensji od włożonej pracy. Głosowanie to nie przymus tylko prawo. Nie korzystasz z prawa do głosu = nie korzystasz z prawa do pensji albo inaczej - korzystasz z prawa do kasy wprost proporcjonalnie do wykorzystanego prawa do głosowania.

Niedługo padną propozycje NAKAZU prowadzenia biura poselskiego, udziału w debatach czy przymus proponowania ustaw, a wszystko w ramach zasady Pana Marszałka "Sejm ma odpowiadać na żywotne potrzeby społeczeństwa, a posłowie do tych potrzeb winni się dostosować!". Nie tędy droga szanowni państwo.
Otóż nie, po prostu jak już napisałem - "nie jaram się kulturą orientu i Azją".
Wolę rodzimą i Europejską sztukę, kulturę i myśl. W tym najbardziej Starożytny Rzym, aczkolwiek w pewnym stopniu interesuję się cywilizacjami Ameryki Południowej jak np Inkowie. Zamiast przykładowo uczyć się chińskich znaczków, wolę coś z języka Keczua, używanego do dziś przez mniejszość Peruwiańczyków.

Ot, każdy woli inne rejony świata. Za to moja młodsza siostra non stop ma głowę w japońskich bajkach, czyta te ich odwrotne komiksy - z prawej do lewej, a ostatnio była nawet na jakiejś mszy św. w Krakowie. Tylko dlatego, że była prowadzona w języku japońskim. Pewnie stąd ta niechęć u mnie, słysząc o kulturze Wschodu, mam przed oczami nastoletnich gimbusów.
Niestety, nie jaram się kulturą orientu i Azją, nie oglądam mangi, anime, pokemonów etc.
Obawiam się, że w Sarmacji mamy problem ze zjawiskiem wręcz odwrotnym.

Stąd dalej stoję przy swoim.
A ja nie przybędę gdyż jestem homofobem.

Pozdrawiam.
Ale żeby kakao w Święta? Pierwszy raz o czymś takim słyszę.

A karpia nie lubię, ot co!
Jeżeli chodzi o sprzeczności, to muszę operować na konkretnych przykładach. Nie wiem co rozumiesz poprzez sprzeczność i gdzie konkretnie je dostrzegasz. Bez tego ciężko coś napisać.

Co do wolnej woli to widać nie rozumiemy się. Twierdzisz, że nasz los już jest przesądzony i ustalony, a teraz jedynie pozostaje dotrwać do końca i cokolwiek byśmy nie zrobili, to nie ma większego sensu bo już od początku Świata wiadomo czy trafimy do piekła czy nieba, czy będziemy osądzeni jako ludzie dobrzy czy źli. Ja to widzę w inny sposób. Były takie teorie w przeszłości, że mamy scenariusz a my tylko działamy według niego, co równa się temu, że nie mamy wolnej woli.

Widziałbym to jednak inaczej. Możemy zrobić co chcemy, ale po prostu już Ktoś wie jaką decyzję podjęliśmy. Przykładowo wychodzisz z założenia, że jeżeli masz teraz do wyboru działanie A które jest dobre i działanie B które jest złe, to olewasz to, bo i tak już jest wiadome jaki będzie końcowy efekt i nie masz żadnego wyboru. A przecież cały czas masz wybór co zrobić. To, że wiadomo co wybierzesz nie oznacza, że ten wybór był Ci narzucony. Tutaj jest właśnie problem w zrozumieniu tego założenia. Nie można traktować wiedzy na temat przyszłego działania jako odgórnego nakazania jego zrobienia. Kombinujesz w tę stronę, że skoro znane są rezultaty to muszą być one narzucone. Teraz ja posiadam wiedzę, że na 99% odpiszesz mi na moją wypowiedź. Czy to oznacza, że to ja narzuciłem Ci takie działanie i wobec tego jesteś pozbawiony wolnej woli co do pisania kolejnego postu? Różnica między mną a Bogiem (oczywiście jeżeli chodzi o ten przykład) jest taka, że ja mam 99% pewności a Bóg 100%.
Po prostu łączysz wiedzę na temat czegoś, z odgórnie narzuconym działaniem. Nie odpowiem na pytanie "czy sprawiedliwe jest potępianie kogokolwiek w piekle, skoro wszyscy, którzy się tam znaleźli, znaleźli się tam, bo zostali do tego zdeterminowani?", bo nie zgadzam się z tezą, że są właśnie do tego zdeterminowani. Raczej porównałbym to tak kolokwialnie do sytuacji, w której Bóg ma "potwierdzone info" czy donosy na temat tego co zrobisz. I nic więcej.

A nauka faktycznie, z jednej strony odpowiada na pytanie po co żyje człowiek. Żyje, żeby zapewnić ciągłość gatunku, eby się rozmnażać itp. Ale chodzi mi o sam sens istnienia. Nauka sama w sobie na to nie odpowie. W nauce "Zachodu" przynajmniej, bo w innych jest tutaj łączenie z filozofią, a to inna dyscyplina. Zresztą, nawet nie chodzi o to czy się jakaś dziedzina nauki zajmuje takimi pytaniami. Ale o to, czy zdoła na nie odpowiedzieć. Na to chciałem zwrócić uwagę, że nigdy się tego nie doczekamy.

Co do mojej wiary - nie, nie chodzi o strach. Raczej tak jak pisałem, rachunek ekonomiczny i zauważenie potencjalnych zysków. Ale wspominałem już o tym, że to argument o najniższej dla mnie wartości. Po prostu efekt doświadczeń życiowych, ludzie jakich spotkałem itp. Żeby wierzyć, trzeba chcieć. Boga trzeba znaleźć a nie poczekać aż to samo przyjdzie do ciebie. A żeby coś znaleźć, trzeba najpierw szukać. Wiara (przynajmniej u mnie) to proces ciągły. Nie ma tak, że kiedyś sobie uwierzyłem i gitara, koniec tematu. To obserwacja pewnych zjawisk i wyciąganie z tego wniosków. Jako osoba wierząca, staram się znaleźć więcej argumentów przeciw mojej wierze. I dopiero potem się nad tym zastanawiam. Im więcej takich dyskusji, argumentów, wątpliwości, zwątpień co do mojego światopoglądu tym lepiej. Naciągasz wiarę do oporu i sprawdzasz ile jesteś w stanie wytrzymać. Tak jak pisałem, nie wiem czy mam rację. Wierzę w to, ale z naukowego punktu widzenia nie mam pewności. Z jednej strony mam argumenty przeciw, które znajduję a nawet więcej - których sam szukam. Ale z drugiej strony też są argumenty. Przede wszystkim ludzie których znam i spotykam, to są najlepsze dowody. Pisałeś, że nie miałeś okazji poznać Boga. To nie Tesco, że okazja sama do Ciebie wpadnie. Trzeba jej szukać. Ja to robię i to mnie przy tym trzyma. To nie suche teksty czy grube rozprawy filozoficzne lub pojedynki wierzący vs ateista. To są zabawy a nie prawdziwe zastanowienie się nad istotą problemu.

W mojej opinii najlepiej takie sprawy rozważać próbując iść w przeciwną drogę. Ja jako wierzący staram się szukać jak najwięcej sprzeczności i argumentów przeciw mojemu stanowisku. Polecam spróbować podobnej taktyki.
Odpowiem tylko skrótowo na cześć tej wypowiedzi.

Ja jestem/staram się być osobą wierzącą świadomie. Takie rzeczy jak Biblia to dla mnie jednak coś zupełnie innego niż dla Ciebie. Albo mówiąc ściślej - wywołuje odwrotne odczucia i skutki, czyli pozytywne. Po prostu trzeba pamiętać o jednym założeniu o którym zapomina dużo ludzi, a które jest wyjaśniane na zwykłej lekcji religii na poziomie gimnazjum. Mianowicie Biblia nie jest księgą naukową, przyrodniczą, historyczną (tutaj oczywiście z wyjątkami), a ma służyć jedynie do zbawienia. Wobec tego śmiało można traktować większość opowiadań - zwłaszcza w Starym Testamencie - jako swoiste legendy i parafrazy rzeczywistych wydarzeń. Przykładowo dla mnie Adam i Ewa mogą w ogóle nie istnieć, bo przecież nie chodzi tutaj o przedstawienie faktów naukowych, a jedynie o pokazanie i przedstawienie pewnych rzeczy i zwrócenie uwagi na niektóre sprawy.

Nie zgodzę się z tą częścią tekstu o braku wolnej woli i wszechwiedzy Boga. Przedstawiasz to w ten sposób, że skoro wiadomo już wszystko, to nie mamy w zasadzie nic do gadania ergo nie posiadamy wolnej woli. Ale IMO jedno z drugiego wcale nie wynika. Wszystko w naszych rękach, tylko po prostu efekt już jest znany. Ale dla kogo? No właśnie nie dla nas. Nie jest tak, że mamy coś już "pisane" czy postanowione. To zależy od nas.
Tylko że tutaj znowu dochodzimy właśnie do tego o czym pisałem. Próba załatwienia tego problemu na czysto ludzkie rozumowanie. Wracając do mojej poprzedniej wypowiedzi - może da się to wszystko pogodzić, tylko jak zwykle nasze metody tutaj wysiadają? Próba opisania tego w postaci zero-jedynkowej czy logicznej, przy założeniu potęgi i wszechmocy Boga wypada jednak blado.

Na koniec napiszę tylko skąd moja postawa. Otóż podchodzę do tego czysto praktycznie. Możemy się o to kłócić, ale fakt jest taki, że Nauka nic nam nie wyjaśnia w tej kwestii. Nie ma nigdzie potwierdzonego faktu nieistnienia jakiejś Siły Wyższej. Nie chodzi mi tutaj o publikacje części, albo (uczciwie stawiając siebie w pozycji mniej korzystnej) nawet większości naukowców. Tylko w oficjalnych podręcznikach, prawach i twierdzeniach naukowych, w encyklopediach etc sprawa wciąż jest niejasna. I taka pozostanie. Zgodzę się, że jeżeli chcemy spojrzeć na to pod kątem czysto naukowym to kwestia wiary wypada blado. Że dowodów brak i tak dalej. Mało tego, świat nauki sam nie idzie w kierunku badania tego problemu, bo od zawsze odpowiada na pytanie "jak?". Jak powstał Świat? Kiedy to się stało? Skąd się wziął człowiek? Natomiast nigdy nie odpowie nam na pytanie "dlaczego?". Dlaczego powstał Świat? Dlaczego istnieje coś takiego jak istota ludzka?

Nie mam żadnych racjonalnych powodów dla których miałbym być wierzący. Ale tak jak pisałem - mogę nim być albo nie, bo obie teorie możliwe, że są prawdziwe. Jeżeli jednak coś takiego jak Bóg istnieje, to lepiej byłoby wybrać właśnie tę drogę. Jeżeli się pomyliłem, to nic się nie stanie, konsekwencji żadnych. Ale jeżeli miałem rację, to korzyści jakie mi przyniesie ta decyzją są gigantycznie pozytywne.

Nie oznacza to jednak, że to wybór czysto ekonomiczny i egocentryczny. To efekt wielu doświadczeń, spotkanych ludzi, sytuacji jakie nas spotkały i wielu przemyśleń. Nie mam żadnych argumentów dla których miałbym być wierzącym, ale nie mam ich także jeżeli chodzi o pytanie dlaczego miałbym nim nie być. Nasz stan wiedzy - obecny jak i najprawdopodobniej przyszły - jedyne co potrafi, to odpowiedzieć, że obie wersje są możliwe i prawdopodobne. Zarówna ta, że Bóg istnieje jak i tak, że Go nie ma. To jest w zasadzie czysta wiara - nie mogę udowodnić, że mam rację, ale i nikt nie potrafi udowodnić, że się mylę. Wobec tego pozostaje jedynie właśnie sama wiara.

Jeżeli miałbym kiedykolwiek zginąć za wiarę, to... może jednak nie będę na to odpowiadał tak odważnie, bo nigdy nie wiemy jak się zachowamy w ekstremalnych sytuacjach. Nie napiszę więc, że odpowiedź jest zdecydowanie na "tak". Więc inaczej, jeżeli miałbym zginąć w imię wiary, to "bardzo prawdopodobne", że bym to zrobił. Jeżeli jednak miałbym umierać w imię faktu naukowego i wpisania istnienia Boga do encyklopedii czy podręczników naukowych, to nigdy bym tego nie zrobił. Bo nie wiem czy mam rację. Po prostu wierzę. I to będąc w pełni świadomym wszystkich wątpliwości i argumentów przeciwników, że raj i piekło to typowy kij i marchewka, że niektóre twierdzenia w pewien sposób sobie przeczą i tak dalej.
Dawkins :D

O ile Nietzschego polecałbym za ogólne teorie filozoficzne, to reszta również kawał śmiechu jak taki Dawkins, etatowy bojownik ateizmu którego nie brałbym za jakiś wzór. 3/4 z tych znanych, cytowanych, stawianych na piedestale ateuszy to tak na prawdę komedianci i showmani którzy dyskusję prowadzą w ten sposób, żeby było śmiesznie. Takie stand-upy antyreligijne które często prowadzone są w formule wierzący vs niewierzący oraz publika. Gdzie jeżeli drugi rozmówca użyje słów takich jak przykładowo "Duch Święty", gościu reaguje śmiechem i próbuje wykpić swojego oponenta, a ogólny poziom argumentów jest dość niski.

A najlepsze jest to, że zdecydowana większość tych argumentów to tak naprawdę argumenty za czymś kompletnie innym. Na przykład w podanym tutaj tekście mamy większość pytań typu "Dlaczego Bóg..." i tutaj hipoteza, jakoby był to jakiś okrutnik czy sadysta. No dobrze, ale czy to jest jakiś argument przemawiający za jego nieistnieniem? Otóż jedyne co z tego wynika (według Ateistów rzecz jasna), to że jest to ktoś wcale nie taki dobry jak próbuje się Go przedstawić, ale nie odpowiada to na pytanie, czy rzeczywiście jest czy nie.

Ale i tutaj mamy brak konsekwencji. Jeżeli chcemy się zastanowić nad podobnymi kwestiami, to musimy de facto zbudować model i przyjąć założenie, że Bóg istnieje i wtedy dopiero analizować wszystkie dostępne dane i wyciągać z nich wnioski. No i tutaj już analiza kuleje bo brane są do analizy tylko te dane, które Wam pasują. I przez to są stawiane rzekomo wzniosłe i miażdżące wnioski, pytania i analizy, jak na przykład "Skoro Bóg jest taki dobry, to dlaczego pozwala na takie cierpienia na Świecie? Dlaczego ludzie głodują, są mordowani i chorują, cierpią i są prześladowani a Bóg nic nie robi? Czy to jest Bóg dobry i miłosierny? Czy może zwykły sadysta? A może w ogóle Go nie ma?".

Bardzo fajna analiza, ale jak już pisałem - opracowana na podstawie wybiórczych danych które akurat pasują. Bo jeżeli jednak Bóg istnieje, to przecież istnieje i Raj, w którym każdy człowiek który przeszedł przez podane zło, dostanie za to nagrodę i będzie miał "życie" miliard razy lepsze, niż potrafi sobie wyobrazić. Jeżeli o tym pamiętamy, to przytoczone pytanie i wniosek jakoby Bóg byłby złym sadystą już wypada co najmniej śmiesznie.

Takie pytania padają i tutaj, np "Bo skoro Bóg jest wszechwiedzący, czemu nie przewidział grzechu Ewy?" Kto powiedział, że nie przewidział?
"Czemu w ogóle posadził drzewo poznania dobra i zła w ogrodzie, w którym bawili się pierwsi ludzie?" - te pytanie kłoci się z innym argumentem Ateistów które brzmi mniej więcej tak, że skoro Bóg jest wszechmogący i wie wszystko, to człowiek jest niewolnikiem Boga i nie ma wolnej woli. Otóż podane pytanie jest właśnie kontrargumentem na te pytanie. Człowiek ma wolną wolę i może robić co chce, ale podstawowym skutkiem jakie niesie ze sobą wolność (każda), jest odpowiedzialność. Mamy wolną wolę, ale i odpowiadamy za swoje czyny. Drzewo poznania jest metaforą tej zależności. Nikt nie został wygnany z Raju za zjedzenie jakiegoś jabłka, tylko za oznakę nieposłuszeństwa i zlekceważenie Boga, za pychę i stwierdzenie, że Bóg nie jest nam potrzebny i damy sobie radę sami. Skoro tak, to próbujcie. Chcieliście mieć większą wolność, macie większą odpowiedzialność. Róbta co chceta.

Nie chce mi się więcej produkować na ten temat, dodam tylko na końcu, że przytoczone grono "autorytetów" przypomina mi kółko wzajemnej adoracji a większość przytoczonych przez owych autorów tez i wniosków, są naprawdę co najmniej śmieszne i pokazują brak zrozumienia tematu, tudzież dorabianie argumentów do z góry postawionej tezy. A prawda jest taka, że takie dyskusje i tak nic nie wyjaśniają, a jedynie są zabawami z dziedziny logiki. Próba wzięcia Boga właśnie na logikę jest bezcelowa z kilku różnych powodów. Były już pytania o to, czy jeżeli Bóg jest wszechpotężny, wszechmocny i potrafi zrobić wszystko, to czy umie stworzyć taki kamień którego sam nie mógłby podnieść? Z logicznego punktu widzenia mamy bardzo dobrą zagadkę. Tylko znów brak tutaj szerszego spojrzenia na sprawę- skoro Bóg jest wszechmogący, to czy nie potrafiłby rozwiązać tego zadania? Skoro może "wszystko", to bez problemu potrafi obejść prawa logiki. Tylko my mamy zbyt ograniczone umysły aby to pojąć.

I właśnie podobne pytania pojawiają się przeważnie w takich dyskusjach, zarówno w tym artykule. Szkoda tylko, że zamiast refleksji powodują skręt kiszek z powodu śmiechu.
Wielkie pytania filozoficzne sformułowane na poziomie uczniów gimnazjum. Na te (proste) pytania padły już odpowiedzi.

Spodziewałem się czegoś nowego a znalazłem te same śmieszne pytania na poziomie "skoro ziemia jest okrągła, to czemu od dolnej strony woda jeszcze się nie wylała?"