Obserwator Sarmacki, Robert Fryderyk, 15.06.2017 r. o 20:27
Miasto
Seria wydawnicza: Inne

Przebudziłem się z dziwnego snu… poduszka, zmięta pod głową, była mokra i nieprzyjemna. Dreszcze wstrząsały całym moim ciałem. Oddychałem płytko i ciężko łapałem resztki powietrza. Miałem wrażenie, że całe stoi w miejscu, że jest gęste, duszne, lepkie. Przerzuciłem lewą nogę przez krawędź łóżka i zsuwając się z niego szukałem po omacku kapci. Znalazłem. Były nieprzyjemne w dotyku, jakby kleiły się do skóry. Zmusiłem się by pójść do łazienki. Z brudnego lustra, w żółtym, słabym, świetle małej żarówki spoglądał na mnie jakiś dziwny typ. Nieogolony, łysiejący, podkrążone oczy, czerwony nos, błędny wzrok… to ja? Czuję się dziwnie. Ciężko opadłem na niezbyt czystą toaletę i zamknąłem oczy. Poranny rytuał czas zacząć…

Godzinę później schodziłem brudną i śmierdzącą kocimi szczynami klatką schodową. Drewniane, lekko kręte, schody skrzypiały niemiłosiernie przy niemal każdym moim kroku. Wiele razy zastanawiałem się kiedy runie ta ledwo zipiąca konstrukcja. A ja wraz z nią. Na klatce było ciemno. Ostatnia żarówka przepaliła się już dawno temu, a od dawna nie było nikogo, kto by ją wymienił. Unikając odchodów pozostawionych tu i ówdzie przez bezpańskie psy i koty wyszedłem przez ciężkie drzwi na ulicę. Rozejrzałem się.

Jak zwykle… brudno, smutno, pusto. Z każdej kamienicy w okolicy odpadał tynk. Ściany wyglądały jak upstrzone obrzydliwymi liszajami. Większość okien pozbawiona była szyb. Te, które jakimś cudem uchowały się od zbicia, zasłonięte były naklejonymi na nie starymi gazetami. Między budynkami wisiała, miejscami pozrywana, stara i niekonserwowana instalacja ulicznego oświetlenia. Ulica upstrzona dziurami i wszechobecnym brudem nie bardzo zachęcała do wędrówek. Ale nie miałem innego wyjścia. Wyciągnąłem z pocerowanego plecaka odręcznie narysowany plan, rozejrzałem się jeszcze raz i ruszyłem w kierunku wschodniego krańca ulicy. Jeszcze tam nie byłem.

Krawężniki już dawno rozsypały się w pył. Z budynków odpadały zmurszałe cegły, pod nogami walały się potłuczone dachówki. Tu i ówdzie stały rdzewiejące i ogołocone z jakichkolwiek wartościowych elementów wraki starych samochodów. Było duszno i wszędzie okrutnie śmierdziało. Po dłuższej chwili jednak przyzwyczaiłem się i przestałem odczuwać ten smród w natężeniu, które uniemożliwiało mi oddychanie. Idąc przed siebie starałem rozglądać się i nanosić na mapę nowe mijane obiekty. Musiałem jednocześnie uważać by nie skręcić nogi, by nie wejść w jakieś cuchnące gówno. Było ich tu pełno, ale niektóre… nie, nie chcę myśleć kto, lub co, je tu zostawił. W uszy kłuła cisza. Niczym niezmącona, głucha, niemal bolesna, cisza.

Doszedłem do czegoś co kiedyś było mostem. Teraz, pełne dziur i pozbawione metalowych barier, było lokalną odmianą przeprawy-pułapki, a każdy krok na niej mógł zakończyć się upadkiem do płynącej poniżej rzeki. Rzeka to chyba jednak za duże słowo… breja, śmierdząca breja, gęsta, gwałtowna, pieniąca się to chyba nie jest rzeka? Stawiałem krok za krokiem, ostrożnie, i ostatecznie udało mi się przejść. Na me czoło wystąpił zimny pot, ciało przebiegały dreszcze, na rękach pojawiła się gęsia skórka, jaja aż ze stresu ściskało. Po przejściu tego swoistego mostu odetchnąłem głęboko i aż zakrztusiłem się od ciężkiego powietrza.Usiadłem na chwilę i naniosłem rzekę i most na moją mapę. Kilka minut później ruszyłem dalej.

Droga, którą wciąż podążałem na wschód zaczęła się wspinać lekko w górę. Budynki wokół wydawały się ładniejsze, jakby lepiej zadbane. Na pewno były mniej zniszczone niż te w dzielnicy, z której tu przyszedłem. Kiedy kilka minut później dotarłem na szczyt wzniesienia moim oczom ukazał się widok straszny. Wszędzie dookoła majaczyły martwe okna zaniedbanych budynków. Brakujące szyby, dziury w poszyciu dachów, na wpół rozpadnięte kominy, plątanina ulic i uliczek, wszystko wymarłe, głuche, pozostawione same sobie. Ponad dachami płynęły leniwie ciemne chmury, wiatr szarpał wymięte firany i zasłony, które gdzieniegdzie pojawiały się w pustych oczodołach kamienic. Rozglądałem się tak dłuższą chwilę aż w pewnym momencie dojrzałem na horyzoncie, w północnej stronie miasta, budynek, który kiedyś musiał być jakimś stadionem, albo halą sportową. Koło niego wydawało mi się, że dostrzegam drzewa, było zielono. Park? Po chwili namysłu ruszyłem w kierunku majaczącej budowli.

Minąłem zakręt i stanąłem oko w oko z wielkim zardzewiałym cielskiem czegoś co kilka lat temu musiało być tramwajem. Wybite szyby, rozerwane poszycie, zniszczone siedziska, smętnie zwisający pantograf. Wielki, z łuszczącą się farbą, znaczek z numerem linii. Jedynka. Zapewne główna linia miasta. Minąłem pojazd i spojrzałem wzdłuż ledwo widocznych szyn. Kierowały się w stronę budynku, do którego zmierzałem. Postanowiłem, że będę się ich trzymał. Do celu nie było już daleko. Coraz wyraźniej widziałem, że wokół mojego celu zielenią się drzewa, krzewy i trawa. Pierwsze pozytywne elementy w tym okropnym mieście. Przyspieszyłem kroku i szybko zbliżałem się do obranego celu.

Powietrze stawało się lżejsze, bardziej ożywcze, odczuwałem na twarzy podmuchy lekkiego orzeźwiającego wiatru. I wtedy zamarłem w miejscu. Spoglądałem na budynek, zdecydowanie była to niegdyś hala sportowa. Budynek lekko falował. Puchł i opadał. Puchł i opadał. Puchł i opadał. Budynek… oddychał. Jak to?! Przecież budynki nie oddychają! A jednak… ten, cały pokryty jakimś brązowo-zielonym nalotem zdawał się oddychać. Miarowo, powoli, oddychać. Zrobiłem krok w tył. Muszę uciekać pomyślałem… MUSZĘ UCIEKAĆ…

Ciąg dalszy nastąpi?...
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
3 951,00 lt
Ten artykuł lubią: Sławomir von Hohenzollern-Wikidajło, Thimoteus ik Hohentsolern, Roland Heach-Romański, Alfred Fabian von Tehen-Dżek, Henryk Wespucci, Yupeng Beijin-Zhao, Jan Grimknur.
Komentarze
Jan Grimknur
Podoba mi się klatka śmierdząca kocimi szczynami. Czym się różni smród kocich szczyn od tych ludzkich? Po cholerę ktoś to wącha i rozróżnia?! Szczyny to szczyny, nie trzeba katalogować ich zapachów!
Odpowiedz Permalink
Jan Grimknur
Przypomniało mi się stare, ale zacne i niedawno ponownie odświeżone: "Do tych co twierdzą, że łyżka gówna jest w stanie zepsuć smak betoniarki czekolady: Na chuj to mieszaliście?!".
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.