Obserwator Sarmacki, Cudzoziemiec, 21.06.2017 r. o 17:24
Szczerze o Sarmacji — kawaler Vanderlei Bouboulina-à-la-Triste
Seria wydawnicza: Szczerze o Sarmacji

Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
jXwS2L5C.jpgDzisiejszym gościem Obserwatora Sarmackiego jest postać niebanalna. Teutończyk z krwi i kości. Bojownik o wolność i niezależność Teutonii. Trener reprezentacji Sarmacji i utytułowanych Słoników z Sodomy. Marszałek Trybunału Koronnego. Wnikliwy obserwator i zaciekły dyskutant. Miłośnik Zielnyboru, ładnych panien i biustów. Na jego imieniu i nazwisku niejeden połamał sobie język. Szanowni Państwo! Przed państwem Vanderlei Bouboulina-à-la-Triste, piękny, zaiste!, kawaler Księstwa Sarmacji!


Wcześniej w serii "Szczerze o Sarmacji"
____________________________________________________________

Dzień dobry Panie Marszałku! Jestem szczęśliwy, że w natłoku codziennych trybunalskich i teutońskich spraw znalazł Pan Marszałek trochę czasu dla naszej małej redakcji. System mówi, że przybył Pan do Księstwa Sarmacji w lutym 2016 roku. Zatem mija wkrótce półtora roku jak czasem aktywniej, a czasem mniej aktywnie Pan Marszałek obserwuje nasz kraj. Jednakże wiele osób uważa, że jest Pan Marszałek o wiele starszym mikronautą niż wskazuje oficjalna metryczka w paszporcie o numerze AG287. Kuluary niekiedy starają się odgadnąć prawdziwą tożsamość Pana Marszałka, ale... nikomu się nie udało, a Ci co ją znają milczą jak zaklęci. Zdradzimy, na początek, coś na ten temat?

Dzień dobry Szanowny Panie Kanclerzu, Cesarzu, Redaktorze, Pretendencie do Korony Najjaśniejszej Sarmacji, Intrygancie, Despoto, Tyranie, Diable Wcielony, Mecenasie Sztuki i Kultury, Obiekcie Westchnień Sarmackich Dziewek i Chłopcząt, Żywa Legendo! Jest mi również niezwykle miło, że mogliśmy się spotkać i porozmawiać, tym bardziej, że nie ukrywam - jako Marszałek nie mam aż tak wiele pracy i niemożebnie się nudzę. Stąd zresztą moja dodatkowa działalność - teutońskiego separatysty. Odpowiadając na pytanie, nigdy specjalnie nie kryłem się z tym, że z Sarmacją byłem związany od lat. Od zawsze jednak uważałem też, że ludzie powinni uszanować fakt, iż ktoś nie chce się afiszować ze swoimi poprzednimi wcieleniami. To jest błogosławieństwo i jedna z głównych zalet mikronacji, tego durnego teatrzyku, w którym wstępujemy, że dzisiaj możemy być kreacją A, a jutro - jeśli tylko chcemy - kreacją B, pojutrze zaś - kreacją C. Każdy kto się z tym trendem nie zgadza, próbując wprowadzić jakieś procedury weryfikacyjne lub lustracyjne, albo wymusić na danej osobie przyznanie się do swoich poprzednich wcieleń, uzależniając od tego na przykład lepsze lub gorsze traktowanie takiej osoby, jest po prostu idiotą, który zatracił granicę między realem a niepoważną zabawą jaką są państwa wirtualne.

Ha! Zgadzam się, zgadzam. Po prawdzie w różnych prywatnych rozmowach tu i ówdzie przemycałem pomysł, by po dojściu do pewnego poziomu/wieku w mikronacjach nasze postaci "umierały", dzięki czemu mielibyśmy okazję znów aktywnie budować nowe. Nie jest bowiem tak, że im wyższy level tym mniejsza ambicja, im mniejsza ambicja tym trudniej z siebie wykrzesać chęci do działania i faktycznie stajemy się trochę takimi nieruchawymi matuzalemami? Co Pana Marszałka napędza?

Ale po co? Nie ma potrzeby ustalania jakichś odgórnych zasad 'umierania'. Przecież każdy z nas może w dowolnej chwili umrzeć i odrodzić się w innym, nowiutkim, całkowicie “nie śmiganym” wcieleniu. Dzisiejszy Robert von Thorn jutro może obudzić się Peterem Westem, Krzysztof Czuguł-Chan - Piotrem Piętą, a Laurencjusz at Atera - Julianem Fer. Nie ma potrzeby tego regulować. Chyba, że Szanowny Pan myślał o wprowadzeniu przymusu 'umierania', co także (podobnie jak przymus zachowania ciągłości naszych wcieleń) byłoby zbrodnicze i faszystowskie - czyli w sumie by to do Pana Redaktora pasowało. Odnośnie tych nieruchawych matuzalemów, to przyczyny tej prawidłowości, o której Pan Redaktor wspomina, są o wiele bardziej złożone. Jedni się po prostu starzeją i widzą, że to, co kiedyś ich zajmowało i pasjonowało, to zwyczajna strata czasu i dziecinada; inni w toku długiego v-żywota posmakowali już wszystkiego i nie ma już dla nich w mikronacjach żadnych nowych, wartych grzechu, podniet; jeszcze inni tak dalece dbają o zbudowaną przez lata pozycję i autorytet, że panicznie boją się je stracić angażując się w jakieś bieżące hucpy; jeszcze inni od zawsze byli arcynudnymi osobnikami i teraz, gdy ich filozofia ostatecznie zatryumfowała w Sarmacji i jest tutaj śmiertelnie nudno, czują się z tym dobrze i bezpiecznie.

Pytał Pan Redaktor jednak co mnie napędza...

Tak, co Pana napędza?

Szczerze mówiąc - niewiele. Z jednej strony jestem zblazowany i znudzony, z drugiej, nie mam zbyt wiele wolnego czasu. Moją obecność w mikronacjach traktuję raczej sentymentalnie i jako chwilową odskocznię od reala. Taki stan rzeczy drastycznie ogranicza mi czas jaki mogę i chcę tu spędzić. W jakimś jednak sensie napędza mnie hucpa. Nie ukrywam, że od zawsze uważałem, że im spokojniej jest w mikronacjach tym bardziej destrukcyjnie wpływa to na jakość naszej zabawy. Nuda i stabilizacja to najgorsze co może się przytrafić mikronacji. W związku z powyższym, w mojej ocenie, wszyscy powinniśmy podjąć starania w celu regularnego i cyklicznego robienia hucpy, burzenia zastałego porządku, wkładania kija w mrowisko, jednym słowem - krzewienia zawieruchy, pożogi i zniszczenia. Przecież każdy z nas przychodził do mikronacji by być kreatorem i niszczycielem światów. Korzystajmy więc z tego! Przekładając te ogólne rozważania na konkret, na pewno napędza mnie kwestia usamodzielnienia Teutonii. Głęboko wierzę, że w najbliższym czasie możemy być suwerenni i niepodlegli. Bardzo bym chciał by także również inni Teutończycy - obecnie sceptyczni, bojaźliwi lub nie mający własnego zdania - w to uwierzyli i nie bali się podnieść ręki na krótkowzrocznego, zadufanego w sobie, a jednocześnie panicznie lękającego się teutońskich ruchów nacjonalistycznych, sarmackiego okupanta. Wierzę też głęboko, że każdy, kto obecnie wyśmiewa nasze postulaty, lub puszcza je mimo uszu, twierdząc, że to jedynie hucpa dla hucpy, prędzej czy później odszczeka swoje słowa. Teutonia musi być wolna i będzie wolna. Jeśli nie dzisiaj to jutro, jeśli nie jutro to pojutrze, ale to się stanie. Nie ma i nie będzie na tym polu żadnych kompromisów. Zostawiając kwestie teutońskie i przechodząc do innych spraw, które mnie napędzają w mikronacjach, jak dobrze Pan wie, aktywnie działam w X11, trenując trzy drużyny - Słoniki Sodomia, FC Zielnybor oraz reprezentację Sarmacji. Bezsprzecznie więc również sport jest tym, co trzyma mnie obecnie przy Sarmacji. Do tego miewam jeszcze wiele różnych innych pomysłów - Chadecję (Konrad), reaktywację WEK, reaktywację NOT, stworzenie jakiejś narracji wokół Zielnyboru - jednak patrząc realnie, nie sądzę bym znalazł na to czas - nad czym ogromnie ubolewam!

No dobrze, przesadzam - wcale nad tym nie ubolewam. Uważam, że to byłaby idiotyczna strata mojego cennego czasu, na którą ja, w moim wieku, nie mam przyjemności sobie pozwalać :)

Mówi Pan Marszałek o usamodzielnieniu się Teutonii. Jak je sobie Pan sobie wyobraża? Czy to wizja jednego człowieka, czy "są nas miliony"? Suwerenni i niepodlegli — to by oznaczało zerwanie z Księstwem Sarmacji, a jednak wie Pan dobrze, i w różnych rozmowach to akcentował, że nasze kraje mają obopólną korzyść z bycia w związku. Friends with benefits, można by rzec. Jakby to się miało zmienić? W jakim kierunku Pan dmucha teutoński żagiel?

W teutoński żagiel nie trzeba dmuchać, bo od zawsze teutoński wiatr dmie tylko w jedną stronę - w stronę wolności. Raz mocniej, raz słabiej, ale przecież od zawsze Teutonia bardzo silnie akcentowała swoją odrębność i niezależność, co zresztą często rodziło konflikty. Wielokrotnie już mówiłem do czego zmierzam - do pełnej suwerenności Królestwa Teutonii, a tym samym do nieskrępowanej możliwości decydowania Teutończyków o losie ich ojczyzny. Jednocześnie, chcę to powiedzieć głośno, jestem bardzo rozczarowany odbiorem społecznym z jakim spotykają się podnoszone przez nas postulaty. Duża część społeczeństwa sarmackiego podchodzi do żądań Teutończyków niepoważnie. Ludzie uważają, że to kolejny wygłup, sztuczne robienie afery, ewentualnie, jakaś okołomajowa inscenizacja i po jakimiś czasie wszystko przycichnie. Tak nie jest, nie przycichnie. Jest również duża grupa Sarmatów, którzy słysząc słowa 'niezależność Teutonii' usztywnia się, traktuje teutońskie postulaty jako osobistą potwarz, zamach stanu, próbę destabilizacji państwa. Niektórzy posuwają się nawet do tego - i tutaj również Szanowny Pan Redaktor nie był bez winy - że w obliczu propozycji zmiany wewnętrznych relacji na linii Teutonia-Sarmacja wypychają Teutonię poza Księstwo, mówiąc: "nie podoba się to won, nikt was na siłę nie trzyma". To jest podstawowy błąd i kardynalne niezrozumienie istoty rzeczy. Przede wszystkim, taki szantaż jest o tyle nieskuteczny, że - jak dobrze Pan wie, gdyż odczuł Pan to jako Kanclerz - jest spora grupa Teutończyków, nazwijmy ją - 'nacjonalistyczna' - która w obliczu zagrożenia zewnętrznego potrafi się zjednoczyć i stworzyć ideowy, bezkompromisowy monolit. W sytuacjach zagrożenia, nacisków zewnętrznych, stajemy się zajadli w swoich dążeniach, chorobliwie dumni, pamiętliwi, skrajnie radykalni i całkowicie zaślepieni ideą teutonizmu. Jeśli więc kiedyś dojdzie do tego, że Sarmaci powiedzą nam - "gracie tak jak my chcemy, albo cześć" - to nie mam wątpliwości, że Teutonia wyjdzie z Sarmacji. To oczywiście nie będzie korzystne ani dla Księstwa ani dla Królestwa (które samodzielne nie ma szans przetrwać), ale szybciej zdecydujemy się na samounicestwienie niż ugięcie się przed tak sformułowanym sarmackim ultimatum. Wracając jednak do meritum. Zgadzam się, że Sarmacja i Teutonia mają z wzajemnej kooperacji obopólną korzyść. Dlatego właśnie, moim zdaniem, zamiast obrażać się na siebie i traktować nieufnie, powinniśmy dążyć do przeformułowania relacji sarmacko-teutońskich na bardziej horyzontalne. Powtarzałem to już wiele razy i powtórzę kolejny - wolna i niepodległa Teutonia nie oznacza absolutnie Teutonii poza Sarmacją (rozumianą jako wspólnota różnych krajów i kultur). Teutończycy nie chcą odchodzić ze wspólnoty sarmackiej, ale nie chcą nie dlatego - jak to sugerują raz po raz przeróżni złośliwcy - że mamy tutaj infrastrukturę informatyczną. Owszem, mamy, ale powiedzmy sobie szczerze - czy Dreamland (a tajemnica poliszynela jest, że jeśli Teutonia odejdzie z KS to przyłączy się właśnie do Dreamlandu) by nam tego nie zapewnił? Zapewniłby. Nie o to nam chodzi. Chcemy być w Sarmacji, gdyż czujemy się jej częścią, współtwórcami tej wspólnoty. Użył Pan Redaktor słowa friends with benefits, które moim zdaniem kompletnie mija się z tym, jak Teutonia traktuje Sarmację. My nie chcemy być friends with benefits, gdyż nasze relacje nie mają sprowadzać się do wzajemnego ‘robienia sobie dobrze’bez większych zobowiązań. Wręcz przeciwnie. Relacja na zasadach friends with benefits to domena gówniarzerii, a nam chodzi o stabilny, odpowiedzialny związek. Taki na dobre i na złe, świadomy mariaż na partnerskich zasadach, gdzie obie strony szanują się wzajemnie, mają poczucie, że realizują się w tej relacji i chcą kroczyć ramię w ramię do wspólnego celu. Naprawdę nie wiem, czemu niektórym tak trudno to zrozumieć. Obecnie Teutonia jest tylko prowincją i relacja na linii Królestwo - Księstwo jest siłą rzeczy relacją podległości, relacją pan - niewolnik (świadoma hiperbola). Owszem, obecny Książę jest łagodnym władcą i nigdy nie rzucał Teutonii kłód pod nogi, ale w ogólnym rozrachunku niewiele to zmienia, gdyż dalej jesteśmy na sarmackiej smyczy. To, czego chcemy, to wolność i zaufanie. Jak to osiągnąć? Widzę to następująco - siadamy do rozmów, uzgadniamy zasady nowej relacji, następnie Teutonia 'wychodzi' z Księstwa i jednocześnie podpisuje umowę międzynarodową stowarzyszającą ją z Sarmacją. Know how - mniej więcej - mamy. Są doświadczenia dwóch unii z Wandystanem, doświadczenia unii z Baridasem. Tamtych rozwiązań nie da się oczywiście powtórzyć 1:1, to musi być relacja szyta na miarę, ale wiemy do czego dążyć i czego się wystrzegać. Docelowo postałoby coś na kształt federacji/konfederacji Księstwa Sarmacji, Baridasu i Królestwa Teutonii. Czy to jest naprawdę aż tak przerażająca wizja?

Dobrze. To wszystko bardzo ładnie brzmi. Kilkukrotnie obecny Kanclerz mówił o tym, że czeka na jakieś konkretne propozycje (ruchy?) ze strony Królestwa Teutonii. A takich ruchów brak. Po prawdzie też muszę powiedzieć, że zauważam pewien dysonans w muzyce nadawanej ze Srebrnego Rogu i Złotego Grodu. Głównym frontmanem walki o zmianę jest właśnie Pan, a z kolei JKM Andrzej Fryderyk zdaje się do zmiany owej nie przeć jakoś bardzo. Jak więc jest? Kiedy możemy się spodziewać konkretnych ruchów i propozycji ze strony Królestwa?

Jeśli już to chyba bardziej między Zielnyborem a Złotym Grodem (śmiech). Ze Srebrnym Rogiem jestem związany z przymusu - systemowo, natomiast od dłuższego czasu mieszkam i działam w Zielnyborze. Odpowiadając jednak na Pana sugestie - bzdury, takiego dysonansu nie było i nie ma. Jestem w kontakcie z JKM Andrzejem Fryderykiem i wiem, że podoba Mu się moja koncepcja i kibicuje jej. Zresztą, Jego Królewska Mość od dłuższego czasu również konsekwentnie podejmuje kroki w celu upodmiotowienia Teutonii - zarówno w relacjach wewnątrzsarmackich, jak i na arenie międzynarodowej. Wreszcie, gdybym tylko dostał sygnał, że Król nie akceptuje tego, co mówię, czy robię - przestałbym natychmiast. Jestem Teutończykiem, a Król Andrzej Fryderyk jest następcą Cesarza, wobec czego jestem niezmiennie dumny mogąc być Mu w całkowicie wiernym, oddanym i posłusznym. Lojalność wobec Władcy i Rodu Cesarskiego to fundament teutonizmu i nigdy sie to nie zmieni, niezależnie od osobistych poglądów, sympatii, animozji czy chwilowych utarczek.

Jeśli chodzi o przedstawienie konkretnych rozwiązań, których od Teutonii domaga się Kanclerz, to kluczem do odpowiedzi na pytanie, dlaczego ich jeszcze nie ma, jest jedno, bardzo dobrze znane nam wszystkim słowo: real. Większość Teutończyków jest bardzo mocno zaaferowana realnym życiem (co niezmiernie mnie cieszy) i zwyczajnie nie mamy czasu na to, żeby usiąść i przedstawić konkretne rozwiązania. Banalne, prozaiczne, ale szczere. Takie rozwiązania pojawią się jednak - wcześniej czy później, ale się pojawią. Z drugiej strony, powtarzam to od dawna - przedstawienie konkretnych rozwiązań prawnych to jedynie formalne potwierdzenie stanu faktycznego z jakim mamy do czynienia od dłuższego czasu. Sarmaci są tego świadomi i w taki stan rzeczy nie ingerują. Tolerują to, że jesteśmy od jakiegoś czasu od nich niezależni i robimy - w Teutonii - co chcemy. To oczywiście nie jest żadna wymówka, ani usprawiedliwienie braku działań w kierunku sformalizowania naszych relacji w nowym kształcie, ale - znowu szczerze - również taka miękka i ospała postawa Grodziska nie motywuje nas za bardzo do pośpiechu.

Chciałbym jeszcze wyjaśnić jedną rzecz. To nie jest tak, że jestem głównym frontmanem walki o wolność Teutonii. Jeśli ktoś rzeczywiście jest frontmanem tej walki, to jest nim Jego Królewska Mość Andrzej Fryderyk - będący personifikacją naszych pragnień i uosobieniem wszystkich wartości jakie wyznajemy. Wydaje mi się jednocześnie, że w tym wielkim dziele, jakim jest niezależność Teutonii, nie ma jednego frontmana. Nie potrzebujemy go. Frontmanem jest Naród Teutoński.

Pan Marszałek tak ślicznie wygląda gdy się kryguje i swą rolę tak umniejsza. Nasi czytelnicy z pewnością to docenią. Powiedział Pan Marszałek, że jednym z apologetów i czynnych działaczy na rzecz (nazywajmy rzeczy po imieniu) odłączenia Teutonii od Sarmacji jest JKM Andrzej Fryderyk. A skądinąd wiemy, że ten sam JKM Andrzej Fryderyk postawił jeden warunek, którego Teutonia spełnić nie może — że nie będzie odłączania się póki choć jeden z mieszkańców Teutonii (czy Teutończyków) będzie opowiadał się po stronie Sarmacji. Zawsze tak będzie przecież, a dziś gdyby tak poszukać to by się takich osób znalazło nie tylko więcej niż jedna, ale też... myślę, że sporo ponad połowa. Czy więc nie jest trochę tak, że to wszystko o czym mówi Pan Marszałek to jest jednak takie straszenie, "strachy na Lachy", Czarna Wołga, te klimaty? Czy to nie jest rodzaj teutońskiego romantyzmu, który ma pomagać w wykuwaniu się Narodu i poczucia jedności Społeczności, a faktycznie nie kryje się za nim nic ponad narracyjny potencjał?

Skoro Pan Redaktor rzeczywiście chce nazywać rzeczy po imieniu, a nie tylko szuka taniej sensacji, to nazywajmy je tak, jak zostały przed chwilą nazwane. Od strony formalnej to rzeczywiście będzie odłączenie Teutonii od Sarmacji, ale od strony praktycznej - która ma w mojej ocenie o wiele większe znaczenie - chodzi głównie o przeformułowanie zasad naszej dotychczasowej relacji. Przeformułowanie, odnowienie, dostosowanie do obecnych realów, renesans teutońsko-sarmacki. Właśnie takim określeniami należy się posługiwać. Epatowanie ‘odłączeniem’, ‘secesją’, ‘wyjściem z Sarmacji’, jest całkowicie niepotrzebne i tylko zaciemnia obraz tego, do czego - jako Teutończycy - dążymy. I owszem, JKM Andrzej Fryderyk stoi niezmiennie na pierwszej linii frontu walki o nowy układ teutońsko-sarmacki. Bez jego wiedzy i zgody nic się w Teutonii nie dzieje, toteż jeśli mówię, że nie jestem wcale liderem walki o wolność, to nie jest żadna kokieteria, a jedynie nazwanie rzeczy po imieniu. Na przedzie Narodu Teutońskiego stoi nasz Król - Andrzej Fryderyk. Inni Teutończycy, w tym Vanderlei Bouboulina-a-la-Triste, wspierają Go, kroczą dumnie u jego boku, ale jednocześnie niezmiennie podążają za Nim, a nie - jak zdaje się Pan Redaktor sugerować - przed Nim albo w innym kierunku niż On wytycza.

Odnosząc się natomiast do przywołanych przez Pana Redaktora słów Jego Królewskiej Mości, to obawiam się, jeśli rzeczywiście JKM tak kiedyś powiedział, to ja nie jestem dobrą osobą do interpretacji tego, co nasz Monarcha konkretnie miał wtedy na myśli i w jakim dokładnie kontekście użył tego zwrotu. O te kwestie powinien Szanowny Pan Redaktor pytać JKM Andrzeja Fryderyka. Na tyle jednak na ile znam Jego Królewską Mość oraz Jego roztropność i mądrość, jestem pewien, że chciał wtedy przekazać bardzo ważną i słuszną myśl, o której również ja już kilkukrotnie w tej rozmowie wspominałem, a mianowicie, że w naszych teutońskich dążeniach nie chodzi wcale o rozstanie z Sarmacją, ale o nowe otwarcie w relacjach z nią. Smuci mnie natomiast, że Pan Redaktor posługuje się słowem 'straszenie' w kontekście teutońskich postulatów. Wydawało mi się, że w sposób jednoznaczny wyjaśniłem już, że nie o straszenie tutaj chodzi. Używanie takich słów jest nie tylko szkodliwe dla teutońsko-sarmackich relacji, nie tylko spłyca problem, o którym tutaj mówimy, ale ma przede wszystkim na celu wykolejenie ewentualnych rozmów między naszymi narodami jeszcze zanim się one zaczęły. To są słowa złe i plugawe. Powiem więcej, to są słowa, które - jeśli padają - padają z ust naszych zaciekłych wrogów. Wrogów zarówno Teutonii jak i Księstwa.

Daleko mi do wroga zarówno Księstwa jak i Królestwa i Pan Marszałek jest jedną z tych osób, które powinny o tym doskonale wiedzieć. Niemniej pozostaje nam chyba czekać na rozwój wypadków i wnioski, które ze strony Teutońskiej oficjalnie zostaną wystosowane do rządu Księstwa, bo chyba oczywiste jest, że tu pierwszy krok winna zrobić właśnie Teutonia. Ale zostawmy już ten wątek. Jako się rzekło wcześniej jest Pan Marszałek osobą, która "ma pamięć genetyczną" poprzedniego/poprzednich wcieleń. Jak się przez minione lata zmieniła Sarmacja? Co jest lepsze, a co jest gorsze? Dużo zmian od czasów JKW Piotra Mikołaja?

Temat rzeka. Jedną z rzeczy, która zmieniła się na pewno i niestety bezapelacyjnie na gorsze, jest fakt, że jesteśmy o te kilkanaście lat starsi. Dorosłość dosyć radykalnie psuje zabawę w mikronacje, tak samo, jak psuje inne dziecięce czy nastoletnie zabawy. Gdy dorastamy, to co kiedyś rozpalało nasze umysły - wizja kreacji świata wokół siebie, współtworzenia epickich narracji, możliwość sprawowania przeróżnych odpowiedzialnych funkcji - sędziego, kanclerza, wojskowego, arystokraty - staje się nagle mało ważne, miałkie i niewarte zachodu. W końcu jest tyle wspaniałych rzeczy i możliwości, które oferuje realne życie, na które i tak w lwiej części nie mamy czasu, że chwile poświęcane na mikronacje (a jest to przecież bardzo absorbująca zabawa) wydają się czasem bezsensownie traconym. Są oczywiście wyjątki - ludzie, którzy z takich, czy innych przyczyn i tak obcują z komputerem na co dzień i nawet gdyby nie Sarmacja to swoje życie i tak spędzaliby w innym zakamarku wirtualnej rzeczywistości, tym niemniej, prawidłowość jest taka, że dla większości z nas dorosłość staje się zabójcą czaru zabawy w państwo wirtualne. Nie tylko jednak my się zmieniliśmy, ale także - a może nawet przede wszystkim - internet się diametralnie zmienił. Kiedyś dostęp do sieci był elitarny i jakoś tam reglamentowany, a dodatkowo internet owiany był pewną aurą tajemniczości, zaś my, jako dzieciaki (w większości) urodzone za panowania poprzedniego ustroju i wychowywane w czasach transformacji, które o dobrodziejstwach internetu słyszały z telewizji edukacyjnej lub z amerykańskich filmów czy seriali, traktowaliśmy chyba Sarmację jak część tego nieznanego tajemniczego, elitarnego, pół-legendarnego i niedostępnego dla wszystkich świata. Pamiętam, że gdy pierwszy raz pojawiłem się w Sarmacji, a miałem wtedy około 16 lat, ten cały projekt pod tytułem "Księstwo Sarmacji" zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Był efekt wow, szok, że ktoś mógł stworzyć społeczność tak wiernie odwzorowującą real. Człowiek odkrywając Sarmację krok po kroku, jej zakamarki, tworzące ją strony internetowe pochowane gdzieś po czeluściach internetu, poznawał coraz to nowe smaczki i ta wielowarstwowość sarmackiego świata robiła - w każdym razie na mnie - ogromne wrażenie. Do tego dochodziły różne niuanse związane z panującymi w Sarmacji stosunkami społecznymi, tytulaturą, listą dyskusyjną. Można o tym długo opowiadać. W każdym razie - było inaczej niż obecnie. Potrzeba było sporo czasu żeby to wszystko pojąc, ogarnąć. Nowy mieszkaniec, który pojawiał się w państwie, czuł się realnie zakłopotany, przytłoczony ogromem sarmackich obyczajów, zasad, uwarunkowań sarmackiego świata i zaczynał od jakichś prostych prac, ale nie dlatego (jak to często bywa obecnie), że był nowy i musiał zaczynać z odpowiednio niskiego pułapu, tylko dlatego, że żeby robić coś bardziej skomplikowanego, musiał najpierw zdobyć wiedzę o funkcjonowaniu w sarmackim społeczeństwie, której to wiedzy nie dało się zdobyć w dzień czy dwa, a bez której nie mógł skutecznie funkcjonować w naszym państwie. Obecnie - moim zdaniem - da się wejść do Sarmacji i z marszu zostać czołową postacią w naszym społeczeństwie. Sarmacja na przestrzeni lat spłyciła się, uprościła, zunifikowała i przez to zatraciła sporo ze swojej dawnej magii. Nie bez znaczenia jest także, iż internet jest obecnie dostępny dla każdego na wyciągnięcie ręki. Rzeczywistość internetowa spowszedniała, stała się czymś oczywistym i dobrze nam znanym, czymś, czego mamy przesyt, co zalewa nas z każdej strony, a przez to zatraciła cały swój niegdysiejszy urok miejsca dostępnego jedynie dla wybranych. Obecnie, wchodząc na stronę Sarmacji, nie ma już efektu wow. Sarmacja nie ma już niczego, co byłoby unikalne w konfrontacji z innymi atrakcjami wirtualnego świata. Tak mi się w każdym razie wydaje. Bo cóż takiego ma Sarmacja, czego nie mają współczesne gdy mmorpg, czy portale społecznościowe? Trzeba byłoby o to zapytać młodych, ale moim zdaniem - nic. Staliśmy się nieciekawi (względnie - mniej ciekawi) nawet dla tej niszy stanowiącej od zawsze mikronacyjny target. Spójrzmy prawdzie w oczy i zróbmy rachunek sumienia - większość z nas jest tu tylko z sentymentu, albo dlatego, że szkoda nam stracić to, na co przez tyle lat mozolnie pracowaliśmy. Starzejemy się, tetryczejemy, brak nam dawnego polotu. Dodatkowo, oczekujemy od wszystkich coraz wyższego poziomu - tworzonej narracji, pisanych artykułów, stanowionego prawa, udostępnianych nam aplikacji. Kręcimy nosem na byle co, szybko nam się wszystko nudzi. Zabijamy tym Sarmację, bo dochodzimy do absurdalnej sytuacji, gdy podjęcie jakiejkolwiek aktywności mikronacyjnej jest tak samo czasochłonne i nużące jak podjęcie porównywalnej aktywności realowej. To jest droga donikąd i dlatego od wielu lat powoli ale nieubłaganie umieramy.

Słowa Pana Marszałka mogłyby stanowić punkt wyjściowy dla jakiegoś manifestu ideowego dla stronnictwa, którego celem miałaby być odbudowa tego nimbu, którym tak pięknie otoczył Pan Sarmację sprzed 15 lat. Ale przecież tak się nie stanie, prawda? Ani nie ma szans na powrót do tego, ani tym bardziej się Panu Marszałkowi nie zechce. Czy więc jest jakakolwiek szansa na to by Sarmacja znów, chociaż w pewnej części, stała się miejscem, które Pan Marszałek opisał? Czy jest miejsce na powrót do "netykiety", do np. obrad Sejmu na liście dyskusyjnej (bo całego kraju nie ma szans na pewno), do innych rzeczy? Czy tytulatura i awanse społeczne mogą nam jeszcze znów coś dawać?

Oczywiście, że tak się nie stanie i tutaj nie chodzi nawet o to, czy komuś się chce, czy nie chce. Owszem, nie chce się nikomu, w każdym razie - mi na pewno się nie chce, ale przecież nie w tym problem. Takie działania to byłaby para puszczana w gwizdek. Żeby skutecznie odbudować ów nimb, jak to Pan Redaktor słusznie ujął, musielibyśmy cofnąć się w czasie o 15 lat i wymazać naszą pamięć o wszystkim, co stało się później. Piękna idea, romantyczna, ale nierealna. Ja często porównuję Sarmację do podwórkowych zabaw. Jestem z tego pokolenia, które całą młodość spędziło bawiąc się w wojnę, chowanego, podchody. Warto dodać - bawiąc się przednio i całymi dniami. Sęk w tym, że nawet gdybym teraz namówił jakimś cudem moich dawnych kolegów do tego, żebyśmy znów wzięli do rąk plastikowe karabiny, pistolety na kapiszony, czy po prostu patyki (mające udawać broń) i zaczęli znowu ganiać się po zaułkach naszego osiedla, to obawiam się, że nikomu nie sprawiłoby to już żadnej przyjemności, a raczej było powodem do rozczarowania i zażenowania. Tak samo jest z Sarmacją. To co było kiedyś, to czym kiedyś Sarmacja była dla nas i dla innych, to jak ją postrzegaliśmy, to już nie wróci, tak samo, jak nie wróci już nasza młodość, którą też przecież wspominamy z tęsknotą.

Co się tyczy drugiej kwestii poruszonej przez Pana Redaktora, czyli tego, czy jest szansa na to, żeby Sarmacja znów, chociaż jakimś ułamku, stała się miejscem podobnym do tego, którym była niegdyś i czy właśnie netykieta jest drogą ku takiemu renesansowi, to obawiam się, że na to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi. Owszem, spróbować można. W naszej sytuacji przecież to nie zaszkodzi, tak samo, jak nie zaszkodzi trupowi wkładanie go do pieca na trzy zdrowaśki. Raczej nas to nie ożywi, ale w najgorszym wypadku apetycznie się przyrumienimy. Osobiście jednak jestem sceptyczny. Świat idzie do przodu i albo nadążamy za trendami, albo giniemy. My nie nadążamy i mówiąc szczerze jakoś nie wyobrażam sobie w jaki sposób moglibyśmy stać się na powrót atrakcyjni. Mówię o realnym i osiągalnym dla nas sposobie, bo oczywiście jest to całe bajdurzenie o systemie gospodarczym, który owszem, na jakiś czas podniósłby naszą atrakcyjność (inna sprawa na jak długi, ale to już temat na inna dyskusję), ale umówmy się - on nie powstanie. Natomiast, wracając do pomysłów Pana Redaktora, takie sztuczne wracanie do tego, co było kiedyś - do netykiety w jej dawnej formie, do list dyskusyjnych - kojarzy mi się bardziej ze skansenem, popeliną, stęchlizną i latającymi molami, a nie z czymś atrakcyjnym, świeżym i seksownym, co na powrót rozpaliłoby młode umysły szukające rozrywki w internecie oraz sprawiło, że nam - starym - konar na powrót by zapłonął. Na krótką metę może byłoby fajnie, taka swoista hipsteriada, ale czy ktoś widział jakiegoś hipstera bez tych wszystkich nowoczesnych gadżetów właściwych naszym czasom? No nie, bo bez tego nie da się obecnie żyć, w każdym razie - przyjemnie. Podobnie jest z Sarmacją. Przecież ona zmieniała się i przepoczwarzała do obecnego stadium z jakiegoś powodu. Na przykład, zrezygnowaliśmy z LD na rzecz forum, bo fora są wygodniejsze i przystępniejsze. To samo z poluzowaniem netykiety.

To trochę smutna konstatacja. Wiemy, że mamy problem, ale nie wiemy jak sobie z nim poradzić. A może jest tak, że mikronacje jako atrakcyjna forma się wypaliły i nie są w stanie zaproponować nam już nic ponad łatanie tego co jest? Czy może lepiej zrobić restart? Wyzerować i zacząć od nowa zupełnie? Założyć nową mikronację? Zmienić ustrój na republikę?

Smutna? Nic nie trwa wiecznie, czemu akurat z mikronacjami miałoby być inaczej? To przecież tylko zabawa, a każda zabawa, nawet najbardziej porywająca, ma kiedyś swój koniec. Żeby jednak nie popadać w skrajności - nie wiem czy się wypaliły, nie roszczę sobie pretensji do natychmiastowego uśmiercania mikronacji i grzebania ich na cmentarzysku historii. Już sam fakt, że tu rozmawiamy jest przecież dowodem na to, że nawet, jeśli płomień naszej zabawy nieubłaganie się wypala, to jednak tli się jeszcze i pewnie będzie się tlił całkiem długi czas. Jak już Pan Redaktor się zorientował, nie mam zbyt optymistycznej wizji tego, co można zrobić, by sprawić by Sarmacja znów stała się atrakcyjna. Owszem, możemy bawić się w republiki (osobiście jestem zdecydowanie przeciwny), federacje (której dla odmiany jestem gorącym zwolennikiem), ale to wszystko będzie przecież niczym innym tylko wyjmowaniem jokerów czy asów z mocno zgranej i wyświechtanej talii kart, którą każdy z nas grał już wiele razy i zna na pamięć. To jest podstawowy błąd. Rozmawiając o tym, czy można coś zrobić by odświeżyć mikronacje my ciągle patrzymy na problem z naszej - starczej - perspektywy. Dyskutujemy o tym co można zrobić, by nam starym znowu chciało się chcieć, a prawda jest taka, że już się nigdy nam nie zechce tak jak się chciało kiedyś. Ewentualnie, dyskutujemy o tym, co według nas należy zrobić by młodym się zachciało. Tylko, co my możemy o tym wiedzieć? To groteskowe niczym sytuacja, w której 80-letnia babcia radzi 17-letniej wnusi jak ma się ubrać na imprezę żeby mieć powodzenie u chłopców. Choćby babcia chciała najlepiej to jej rady i pomysły i tak będą o kant d**y potłuc. Z nami i naszymi pomysłami na odnowę w Sarmacji jest podobnie. Dlatego, to pytanie, które mi Pan Redaktor zadał, to absolutnie nie jest pytanie do mnie, ale do młodych - tej garstki kilkunastolatków, którzy bawią się z nami, często nas wkurzają, irytują swoją ignorancją, infantylnością, brakiem poziomu. Do tych wszystkich, których my starzy nie rozumiemy, a których małżonek Pana Redaktora nazywa pogardliwie gimbazą. To oni powinni dyktować, co należy zrobić by Sarmacja stała się atrakcyjna dla nich i ich pokolenia. Czy w ogóle da się coś jeszcze zrobić... My zaś powinniśmy schować naszą dumę, pogardę wobec młodych i obsesyjną dbałość o "poziom" do kieszeni i z pokorą, z pochylonymi głowami słuchać co oni - młodzi - mają nam do powiedzenia. Już to kiedyś napisałem i powtórzę - Sarmacji potrzebny jest następny przepad, ale tym razem w postaci "przepadu dusz". Powinniśmy oddać młodym tak wiele władzy jak to tylko możliwe. Od burmistrza Grodziska aż do Pana w Grodzisku. Bezkompromisowo.

Zaczął Pan Marszałek ten wywiad licznymi tytułami, którymi mnie obdarzył. "Szanowny Panie Kanclerzu, Cesarzu, Redaktorze, Pretendencie do Korony Najjaśniejszej Sarmacji, Intrygancie, Despoto, Tyranie, Diable Wcielony, Mecenasie Sztuki i Kultury, Obiekcie Westchnień Sarmackich Dziewek i Chłopcząt, Żywa Legendo!" Jak ja sobie na to zasłużyłem? Czemu aż tyle?

Cóż mogę powiedzieć? Proszę popatrzeć w lustro, zajrzeć sobie głęboko w oczy i zadać sobie to pytanie. Tylko Pan, Panie Redaktorze, może sobie na nie szczerze odpowiedzieć.

Wydaje mi się ocena nader niesprawiedliwą. Dziękuję za wywiad Panie Marszałku.

Serdecznie dziękuję za wywiad, było mi niezmiernie miło, chociaż z drugiej strony, żałuję trochę, że nie rozmawialiśmy o sprawach ciekawych - intrygach, planach obalenia władcy, nie ocenialiśmy biustów sarmatek oraz tego, którą z nich najchętniej zobaczylibyśmy w bieliźnie. Liczyłem także, że poruszymy temat legendarnej sprawności w uwodzeniu Pana Redaktora oraz Jego imponujących możliwości witalnych w alkowie. Cóż, może następnym razem.
Dotacje
2 000,00 lt
Dotychczasowi donatorzy: John Rasmusen, Andrzej Fryderyk, Torkan Ingawaar, Adam Jerzy Piastowski.
Serduszka
9 060,00 lt
Ten artykuł lubią: Konrad Jakub Arped-Friedman, Alfred Fabian von Tehen-Dżek, Guedes de Lima, Andrzej Fryderyk, Torkan Ingawaar, Juliette Alatriste, Adam Jerzy Piastowski, David de Hoenhaim, Rihanna Aureliuš-Sedrovski, Heweliusz Popow-Chojnacki, Vladimir ik Lihtenštán, Thimoteus ik Hohentsolern, Adrian Maksymilian Józef Alatriste.
Komentarze
Alfred Fabian von Tehen-Dżek
No co ja mogę powiedzieć. Ja jako drobny redakorzyna bez żadnego dorobku V-V. No mogę powiedzieć jedynie... Szacun za wykonaną robotę...
Odpowiedz Permalink
Juliette Alatriste
Dobrnęłam do końca, w związku z czym pozwolę sobie na komentarz. Ładnie to ubrane w słowa. Wyważone, elegancko się prezentuje. Ale co prezentuje? Szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś mniej wyświechtanego. Czegoś... mądrego. A tu ot, taka osiedlowa rozmowa dwóch panów na temat skuteczniejszego środka na poprawę potencji. Gdzie jeden klepie drugiego po plecach dodając mu otuchy. Jestem lekko zawiedziona, zalatuje formaliną.
Odpowiedz Permalink
Adam Jerzy Piastowski
I ja również dobrnąłem do końca, nawet fajnie się czytało, niestety jestem już posunięty wiekiem więc nie mam komentarza, może poza tym, że tym młodym zapewne nie chciało się tego czytać bo za długie :P
Odpowiedz Permalink
Adrian Maksymilian Józef Alatriste
à-la-Triste? To jakaś daleka rodzina? :D
Odpowiedz Permalink
Juliette Alatriste
Firana, musimy o tym porozmawiać! :D
Odpowiedz Permalink
Adrian Maksymilian Józef Alatriste
Teraz?
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.