Kultura Literacka, Wilhelm Orański, 14.04.2020 r. o 18:47
Przedświt Feru: rozdział pierwszy
Seria wydawnicza: Przedświt Feru

Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
P R Z E D M O W A


Niniejsze opowiadanie, składające się z około dziesięciu rozdziałów będzie próbą ukazania historii, tradycji, obyczajów i kultury ferskiej w sposób fabularny. Wydarzenia tu opisane dzieją się na kilka miesięcy przed założeniem Feru, a moment jego powstania będzie punktem kulminacyjnym pierwszego tomu. Informacje, do których dotarłem, są niestety szczątkowe i przedstawiają tylko ogólny zarys założenia Feru, więc historia zostanie opowiedziana w sposób autorski, zachowując jednocześnie zgodność z informacjami, które w przeszłości powstały na temat tego miasta. Do tego celu wykorzystam Felfryda, głównego bohatera, który będzie naszym przewodnikiem.
Być może sposób, w jaki będę opowiadać tę historię, niektórym (zwłaszcza miłośnikom wartkich akcji) może wydać się nużący, dlatego zastrzegam, że nie o zwroty akcji będę się troszczyć w pierwszej kolejności, ale postaram się, aby ich nie zabrakło.
Oddaję do dyspozycji Sarmatek i Sarmatów rozdział pierwszy tomu pierwszego. Głęboko wierzę, że starczy mi weny, aby przedstawić dalsze dzieje naszych bohaterów w kolejnych tomach. Chciałbym, aby każdy z nich był poświęcony odrębnej tematyce; w pierwszym pragnę przedstawić, jak wyglądał proces budowania rodziny oraz życie rodzinne.
W tym miejscu pragnę podziękować Panu Ramaelowi, który zgodził się uświetniać każdy rozdział swoimi ilustracjami. Z pewnością dzięki temu staną się one bogatsze i bardziej przyciągające uwagę.
Dotychczas szukałem informacji na własną rękę, w szczególności na archiwalnych stronach, ale chcę prosić Sarmatki i Sarmatów, którzy mają wiedzę odnośnie ferskiej starożytnej historii, dawnych wierzeń etc., o przesłanie mi linków lub streszczenie posiadanej wiedzy, wówczas będę mógł jeszcze wierniej odtworzyć realia, które panowały w pierwszych wiekach na ferskich ziemiach.
Nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić Was do sięgnięcia po pierwszy tom „Przedświtu Feru”.


R O Z D Z I A Ł
P I E R W S Z Y


S
tałem w piątym rzędzie wielkiej armii gellońskiej. Słońce świeciło nam wszystkim w twarze. Pogoda nas nie oszczędzała — upał dawał się we znaki każdemu, zarówno nam, jak i naszym przeciwnikom. Stalowała, łuskowa zbroja tylko przyciągała promienie słoneczne. Pot spływał nam po brudnych od kurzu twarzach. Hełm, zdobiony końskim włosiem, luźno przemieszczał się po mojej łysej, mokrej głowie. Byłem jedynie wdzięczny temu, kto wymyślił krótkie, przewiewne tuniki, wykonane z cienkiego, czerwonego materiału, przysłaniające jedynie do kolan nasze ogorzałe od słońca nogi. W lewej dłoni trzymaliśmy niewielkie, okrągłe tarcze, które przedstawiały gellońskie słońce na czerwonym tle.
Trząsłem się ze strachu. To miała być moja pierwsza bitwa, po której miałem stać się prawdziwym mężczyzną. Tego zaszczytu doczekałem dopiero w wieku dwudziestu lat. Niektórzy stawali do pierwszej walki wcześniej, niektórzy później. Nikt nie robił wyrzutów z tego powodu, bowiem wojen nie toczono rok w rok.
Cieszyłem się, że w końcu mogłem wziąć udział w prawdziwej bitwie. To był siódmy raz, gdy wezwano mnie do koszar i w końcu się udało. Koszary… miejsce, do którego trafiał każdy młodzieniec po raz pierwszy już w wieku szesnastu lat. Podczas stacjonowania, które trwało około miesiąca, szkolono nas, ćwiczono, uczono pokory i przeżycia w krytycznych sytuacjach. Po miesiącu odsyłano nas do domu, ale mieliśmy być gotowi na każde ponowne wezwanie, aż do stoczenia pierwszej bitwy — po jej przetrwaniu mogliśmy wybrać, czy chcemy służyć w armii, czy wybrać inną profesję. Takie właśnie wezwanie wręczono mi dwa tygodnie temu, a gdy dotarłem na miejsce, dowiedziałem się, że nasza zmiana wyruszy na bitwę. „W końcu” — pomyślałem wtedy. Miałem już kobietę, z którą chciałem zbudować rodzinę i dom, a żeby te cele zrealizować, musiałem przetrwać moje pierwsze prawdziwe starcie. Zgodnie z tradycją tylko przeżycie pierwszej batalii było przepustką do dorosłości…
Co czułem w momencie, kiedy przed moimi oczami rozciągały się szeregi dobrze uzbrojonych i wyćwiczonych wrogów? Strach. Przerażenie. Nie byłem pewny, czy to dobrze. Moja matka opowiadała mi historie o wielkich herosach, bohaterach, którzy tuż przed bitwą pełni skupienia wpatrywali się w niebo, czerpali siły i wyłączali swoje myśli. A ja? Nie chciałem się wsławić, ani posłać na drugi świat hord wrogów. Nie byłem spokojny, a w głowie miałem prawdziwy mętlik. Chciałem przeżyć. W tamtym momencie się za to nienawidziłem.
Myślałem też o Diarze. Mojej ukochanej. Byłem z nią od ponad roku, ale żeby móc zbudować z nią nasz własny dom, musiałem dopiero w pełni stać się mężczyzną. Dopiero wówczas, zgodnie z tradycją, mogłem spakować swoje narzędzia i udać się do jej domostwa, pytając jej ojca o pozwolenie na małżeństwo. Był to pełen symboliki obrzęd, ale będę miał okazję go jeszcze opowiedzieć. Jeśli przeżyję.

P
rzed rząd uzbrojonych gellończyków wyszedł Kulshmir, dowódca naszej armii. Jego czarną jak noc zbroję zdobiło złote słońce. Krótki płaszcz powiewał w skutek lekkiego wiatru. Ściągnął hełm, oparł go na przedramieniu i zmierzwił dłonią krótkie, kręcone włosy, a naszym oczom ukazała się długa szrama, biegnąca przez całą długość jego prawego profilu. Wygłosił do nas motywującą przemowę. Wybacz, ty, który to czytasz, że nie przytoczę tych wzniosłych frazesów, które miały podnieść nas na duchu i zamienić nas w prawdziwe monstra, lecz jak już wspomniałem, w głowie miałem wielki mętlik i niewiele z niej pamiętam.
Z tego chaosu wybudził mnie potężny ryk mężczyzn, stojących obok mnie. Ogarnąłem ich wzrokiem z przerażeniem i wybałuszonymi oczami. Gwałtownie przyspieszał mi oddech, chwilami nawet czułem, że go tracę. Zacisnąłem mokrą od potu dłoń na rękojeści sztyletu, jakby miało mi to w czymkolwiek pomóc.
— A ty co? Nie trzymaj swoich strachów, wyrzuć je. Krzyknij tak, jakby te strachy były murem, a twój ryk miał je zburzyć — rzekł do mnie jakiś starszy mężczyzna, który stał obok mnie. Popatrzyłem na niego i przyłączyłem się do chóru, wydając z mego wnętrza dziki ryk, o który nigdy bym siebie nie podejrzewał.
Pomogło. Drgawki ustały, poczułem lekki podmuch letniego wiatru. Słońce przypiekało jeszcze mocniej. Zorientowałem się, że zaraz będzie wydany rozkaz do ataku, bowiem wszyscy byli już na swoich pozycjach, pochyleni, gotowi w każdej chwili ruszyć na wroga. Moja ręka jeszcze na krótki moment powędrowała ku niewielkiej, szmacianej lalce— podarunku od ukochanej Diary. Trzymałem ją przyczepioną do pasa, w jednej z sakiewek. Ścisnąłem ją mocno i próbowałem przywołać w pamięci jej twarz. Teraz nie chciałem przeżyć dla siebie, ale przede wszystkim dla niej.
j1006DFC.png

T
rąby wydały rozkaz do ataku. Czarne kruki i wrony uciekły z głośnym krakaniem z oblężonego przez nie drzewa, jakby nie chciały być świadkami bezwzględnych, brutalnych scen, w których za moment będziemy grać główne role. Z imieniem wodza na ustach, z nazwą naszej wspaniałej krainy i imionami tysięcy kobiet poszczególnych wojów, ruszyliśmy na wroga. Teraz, z perspektywy czasu wiem, że to miłość do tych idei dawała nam siłę do walki, dla nich chcieliśmy przetrwać lub zginąć w ich obronie. Nie było nic poza nimi.
Pierwszy szereg tarcz szybko przebiliśmy, wściekli, z rozwartymi ustami i ściekającą po zaroście śliną. W tym momencie nie czułem nic. Ani strachu, ani żalu, ani żadnych innych emocji. Tańczyłem wśród wrogów z moim sztyletem i tarczą. Każde starcie, które miałem stoczyć, oznaczało śmierć — moją lub mojego rywala.
Wtedy ujrzałem swojego pierwszego wroga. Libralczyk ruszył na mnie z wściekłością, którą widziałem po raz pierwszy. Chciał wzbudzić we mnie strach, ale byłem zupełnie wyzuty z emocji. Podskoczył i rzucił się na mnie. W ostatniej chwili zasłoniłem się tarczą, ale opadł na nią z taką siłą, że powalił mnie na ziemię i jednym, szybkim kopnięciem, odsunął ode mnie tarczę. Na jego twarzy malował się szaleńczy uśmiech. Był pewien, że wkrótce pośle na drugi świat swoją pierwszą w tym starciu ofiarę, a ja byłem przekonany, że polegnę, nie pokonawszy nawet jednej osoby.
Wtedy ktoś przeszył go sztyletem i ciężkie ciało osunęło się na ziemię, tuż obok mnie. Nawet nie zobaczyłem twarzy swojego wybawcy, bowiem odwrócił się i już walczył z kolejnym Libralczykiem.
Już miałem skarcić się w duchu, gdy ktoś nadepnął mi na otwartą dłoń. Wtedy uświadomiłem sobie, że podczas bitwy nie ma czasu na nic — ani na emocje, ani na pochwały, ani nawet na karcenie się. To wszystko można uczynić przed lub po bitwie, bo wróg nie będzie czekał, aż uporządkujesz swoje myśli lub zmotywujesz się do dalszej walki.
Chwyciłem szybkim ruchem sztylet, podbiegłem do mojej tarczy, ale tej już nie było. Nauczony poprzednią sytuacją, nie szukałem jej dalej, lecz włączyłem się w wir bitwy.
Dotacje
1 500,00 lt
Dotychczasowi donatorzy: Henryk Leszczyński, Piotr vel Bocian, Filip I Gryf.
Serduszka
7 888,00 lt
Ten artykuł lubią: Eugeniusz Maat, Alexander Rose, Albert Jan Maat von Hippogriff, Grzegorz Tomasz Jakub Czartoryski, GdL, Julian Fer at Atera, Joahim von Ribertrop von Sarm, Santiago Vilarte von Hippogriff, Henryk Leszczyński, Piotr vel Bocian, Filip I Gryf, ramael, Laurẽt Gedeon I, Adam Jerzy Piastowski, Taddeo von Hippogriff-Piccolomini.
Komentarze
Joahim von Ribertrop von Sarm
Fajne!
Odpowiedz Permalink
Piotr vel Bocian
Świetne opowiadanie i grafika! Gratuluję
Odpowiedz Permalink
Adam Jerzy Piastowski
Czekam na wątki z bezdusznymi Teutończykami w tle ;)
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.