Goniec Czarnoleski, Henryk Leszczyński, 30.09.2013 r. o 19:45
Powrót do Elfidy, część druga

eer920L6.jpg

Do placówki nasłuchowej La Militia el Regulo dociera tajemniczy sygnał ze Scholandii. Ivo i Grigorij Karakachanow nie pozostawiają wątpliwości: to prośba o pomoc z upadłej Gnomii, niegdyś zrewoltowanego regionu. Grigorij przekonuje szefa do zorganizowania wyprawy ratunkowej. Problem w tym, że upadła jest także sama Scholandia.
- Właśnie. Wymarłe państwo. To jest gorsze niż al-Rajn.
- Nie ma nic gorszego niż al-Rajn.
Rząd daje zielone światło, jednak śmiałkowie z LMR będą zdani sami na siebie.


[Część pierwszą przeczytasz pod tym adresem >>>]

- Kobieta na pokładzie to zły znak – szepnął Grigorij patrząc na Paulinę. - Pocośmy ją brali. Mamy apteczki. Wszystko mamy. Tylko baby tu brakowało. Do garów, do bananów, a nie, o... - Grigorij zamilkł zgromiony wzrokiem Iva.

Stary wandejski frachtowiec powoli dobijał do przerdzewiałego nabrzeża portowego w Internetii. Kiedyś był to jeden z najnowocześniejszych portów mikroświata. Dziś ponure, na wpół zanurzone w wodzie wraki statków handlowych stały przy zdewastowanym brzegu. W oddali majaczyły zerwane przęsła ogromnego mostu. Instalacje portowe przedstawiały opłakany widok, jednak część gruzowiska była uprzątnięta, aby umożliwić obsługę tych kilku jednostek przybijających jeszcze do scholandzkich brzegów. Przy kei kręciło się kilku ludzi w łachmanach, jeden z nich dawał znaki pochodnią.

- Jesteśmy – stwierdził Ivo.
***

- Mimo wszystko średnio podoba mi się ten pomysł – stwierdził Kryński, poprawiając troki plecaka.
- Daj spokój, fajnie będzie – uspokajał go Heach.
- Tja, fajnie. Znalazł sobie naiwnych, żeby czarną robotę odwalili – rzucił Hamilton, sprawdzając magazynek przy automacie karakachanowa.
- Chłopaki, bez spiny. Ktoś musiał załatwić formalności – uspokajał zebranych Tytus Aureliusz. - Pójdziemy, pogadamy i wrócimy. Dwie godzinki i meldujemy się na pokładzie. Gotowi? - w odpowiedzi usłyszał ciężkie sapnięcie i dźwięk przeładowywanego karabinu.

Po chwili cała czwórka była już na lądzie. Z położonego nieopodal, na wpół zburzonego kapitanatu nieufnie zerkał na nich jakiś Scholandczyk. Był straszliwie brudny i obdarty, z jego oczu biła dzikość apokalipsy.
Powoli zagłębiali się w dzielnicę portową. Otaczały ich ogromne kontenery, kiedyś krwiście czerwone i błękitnoniebieskie, dziś jednakowo szare. Wszystkie niemal otwarte i splądrowane, nie oszczędzono niczego, co mogło się przydać.

- Tam – wskazał Aureliusz na wąski przesmyk między kontenerami. Za jednym z nich dwóch wielkich wandejskich marynarzy z dzikością kopulowało z jakąś miejscową kobietą. Była wielka, brudna, nie miała zębów, ale gwałt najwyraźniej sprawiał jej przyjemność. W uszach czterech śmiałków długo jeszcze rozbrzmiewały miarowe pojękiwania kobiety, które świdrowały wszechobecną ciszę. - Słodki wando – szepnął Heach.

Po przejściu kilkuset metrów zobaczyli pierwsze zaniedbane kamienice. Zdobione fasady renesansowych budynków pokrywała gruba warstwa kurzu. W jednej z nich powinno mieścić się biuro zarządcy miasta. Kiedyś siedziba prefektury była po drugiej stronie rzeki, jednak całą dzielnica była dziś niemal zrównana z ziemią. Całe miasto sprawiało zresztą wrażenie opuszczonego. Jeśli nie liczyć furgonetki, która z piskiem opon zajechała im drogę.

Ze środka na drogę wybiegło czterech umundurowanych osiłków z wielkimi pistoletami maszynowymi scholandzkiej produkcji. Otoczyli militianos półokręgiem i wycelowali w nich. Podniosły się też karakachanowy i groźnie łypały oksydowanymi lufami.

- Opuśćcie broń – warknął niższy oprych z opaskiem na oku i furażerce z trupią czaszką na żółto-czarnej szachownicy.
- Prędzej wy opuścicie ten padół – odparł Heach.
- Co tu robicie?
- Jesteśmy członkami rządowej delegacji z Grodziska – sapnął Aureliusz, przyciskając do polika kolbę karabinu. - Draśniecie nas, a dopiero przekonacie się, co to jest apokalipsa.
- Ty już jej nie zobaczysz, cwelu – rzucił wyższy napastnik, który stał za paką furgonetki i trzymał ogromny kaem.

„Taktyczny pat”, pomyślał Aureliusz. Starał się sobie przypomnieć, co o takich sytuacjach mówiono mu podczas szkolenia w piechocie morskiej Marynarki Wojennej KSZ. Rzecz jednak w tym, że nic takiego nie mówiono. Militianos byli na tyle szybcy, by mimo zaskoczenia podnieść broń. Napastnicy byli na tyle powolni i niewyszkoleni, że nie zdążyli ich rozbroić i wykorzystać początkowej przewagi. Furgonetka stała jednak zbyt daleko, by doskoczyć do niej i nawiązać walkę wręcz. Szykowała się wojna nerwów. A najpewniej głodni, bezgranicznie wściekli partyzanci, policjanci, czy ki Czekan to był, nerwy mieli na wykończeniu. Aureliusz uświadomił sobie jeszcze jedno. Brakowało wśród nich Hamiltona.

- Zaraz będą tu nasi ludzie. Skończy się karuzela, cwaniaki – stwierdził po chwili namysłu jednooki. - Więc możecie skrócić swoje męki i... - na jego czole, nieco powyżej linii oczu pojawiła się dziurka. Po chwili wyciekła z niej strużka krwi. Osiłek był w szoku. Opuścił karabin, podniósł rękę, włożył palec do rany, zobaczył krew i runął na wyłożoną kocimi łbami ulicę.

Sygnał był czytelny. Naraz rozległo się ogłuszające terkotanie trzech automatów. Po kilku seriach, których echo rykoszetowało od ścian kamienic jeszcze przez długie sekundy, w tumanie kurzu leżało kolejnych czterech napastników. Aureliusz wytarł pot z czoła.

- Mówiłem, że będzie fajnie – uśmiechnął się. Kryński podszedł do jednego z trupów. Sprawnie przeszukał go, wyjął mu z ręki broń i sprawdził magazynek. - Pusty – zawyrokował. Od ścian odbił się jeszcze jeden dźwięk. Był to efektowny facepalm strzelony przez Heacha. Tylko puste magazynki mogły tłumaczyć groteskową gadatliwość osiłków.

Tymczasem zza węgła wyłonił się Hamilton, idąc na spotkanie zdziwieniu kolegów.
- Zamyśliłem się na chwilę – wybełkotał. - Ale strzał niezły, co? - dodał z uśmiechem, zerkając w głąb czaszki jednookiego.

Była zupełnie pusta.

Koniec części drugiej.
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
1 951,00 lt
Ten artykuł lubią: Leszek Karakachanow Sr, Jack von Horn, Roland Heach-Romański.
Komentarze
Leszek Karakachanow Sr
Cytuję:
Za jednym z nich dwóch wielkich wandejskich marynarzy z dzikością kopulowało z jakąś miejscową kobietą.
Chyba komuś cycki się pomnożyły/podzieliły. Niewiarygodne.
Permalink
Prezerwatyw Tradycja Radziecki
Leszek, a co to, w wandejskiej marynarce kobiety-marynarze niby nie służą? I co, nie mogą sobie poużywać? Coś taki nagle penisocentryczny?
Permalink
Jack von Horn
Z tym wyszkoleniem w KSZ to bym nie przesadzał. :-)
Odpowiedz Permalink
Prezerwatyw Tradycja Radziecki
Tak, wiemy że z tym nie przesadzacie. Niektórzy sierżanci nie odróżniają lufy karabinu od kozy.
Permalink
Jack von Horn
Nie kłócę się bo wiem, że wy Towarzyszku wiecie wszystko.
PS. Gratuluję znajomości anatomii kozy i lufy karabinu.
Odpowiedz Permalink
Vladimir von Hochenhaüser
Dowód koronny... e.trolla jest jednak nieuleczalne.
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.