Przejście trochę nieczynne

612H3eSb.jpg
Znużony bezdrożami i ciągłą wędrówką po świecie powziąłem jedyną decyzję, jaką podjąć było w mej sytuacji sens. Wracam. Wracam do domu. Wracam do ojczyzny. Już. Teraz. Nie zważając na niepewną pogodę i trudności podróży powrotnej. Nie zważając na to, czy i jak mnie tam przyjmą. Wracam.

Zrobiło się późno, mocno późno gdy stanąłem na punkcie celnym. Jaskrawe światło sprawiało, że w otaczającym mroku wybijał się świetlisty napis: Witamy w Księstwie Sarmacji. Ech, łezka zakręciła się w oku. Stare, dobre czasy. Czy jeszcze żyją tam ci, których pamiętam, z którymi łączyło mnie tak wiele. Z którymi stawialiśmy podwaliny pod fundamenta czarnoleskie. Z którymi toczyliśmy zażarte boje polityczne. A może już nikogo nie ma? Może nikt już nie pamięta?

Z duszą na ramieniu podszedłem do okienka. Powitał mnie uśmiechnięty, choć nieco zaspany celnik. Pora późna, ruch niewielki.
– Dobry wieczór, w czym mogę panu pomóc?
– Dobry wieczór. Jestem obywatelem sarmackim i wracam z dalekiej podnóży. Powracam w rodzinne strony.
Urzędnik wyraźnie się ożywił. Ślady zaspania momentalnie zniknęły. Wyszedł ze swej budki, podszedł, podał rękę i uścisnął męsko.
– Dobrze, że Pan wraca. Nieczęsto się zdarza, że pojawia się ktoś, kto już tu mieszkał. Opowiem kolegom, będą pękać z zazdrości, ze to na mojej zmianie trafiła się taka gratka. Poproszę dokumenty…
– Yyyy, mam pewien problem. Wie Pan, podróże, zawierucha, bezdroża… To i owo poginęło…
– Nic nie szkodzi. Zapraszam do terminalu. Zaraz odszukamy Pana w naszej bazie i potwierdzimy identyfikację.
No. To mi się podoba. Miła i skuteczna obsługa. Nowoczesne państwo. Frontem do obywatela.

Podeszliśmy do terminalu. Niestety. W tym momencie się zaczęły schody. Trudności poczęły się piętrzyć jedna po drugiej. Mijały cenne minuty, zapadał zmrok. Listopadowy chłód nocy począł dobierać się do podmarzniętych dłoni i polików.
– Mówi Pan, że gdzie mieszkał?
– W Czarnolasie.
– Hm, nie ma Pana obecnie w spisie obywateli.
– To może znajdzie mnie Pan w wykazie szlachty Sarmackiej. Jestem baronetem…
Ekran znów zamrugał. Urzędnik przebierał zwinnie po klawiaturze. Zmarszczone czoło nie wróżyło niczego dobrego.
– Też niestety niczego nie ma. Ale skoro mówi Pan, że Czarnolas, poszukam jeszcze w archiwach Gellonii i Starosarmacji. Może coś się zachowało…
Czekam. Zaczynam się denerwować. Normalna sprawa. Późna pora, zmęczenie podróżą, zimna noc. Na dodatek znów pada. Czas leci ociężale. Minuty wloką się jakby nie miały w ogóle ochoty posuwać się naprzód. Nocną ciszę przerywa jedynie coraz intensywniejsze bębnienie deszczu i stukot klawiszy terminala.

– Jest. Mam Pana!!! – krzyczy wyraźnie uradowany urzędnik – o, widzi Pan, to pański ID, proszę teraz podejść do czytnika, wprowadzić dane oraz ID i poczekać na skan siatkówki. Resztę dokona nasz wspaniały najnowszej generacji komputer. Z pewnością Pana zidentyfikuje i skieruje do maszyny drukującej rozkazy wydania panu kopii nowych dokumentów. Nie zajmie Panu to wiele czasu.
Uff. Kamień z serca. Więc się uda. Zaraz będę w domu. Wprowadzam na komputerze ID oraz pozostałe dane personalne. Przystawiam oko do okularu czytnika. Czuję delikatne smyrgniecie w oku, gdy skaner zdejmuje wzór mojej siatkówki.

Bip. Bip. Bip.
Automat
I d e n t y f i k a c j a p o z y t y w n a.
D o k u m n t y s k i e r o w a n o d o d r u k u.
Terkocze swym mechanicznym głosem komputer.

– To tam, ta wielka szafka wyglądem przypominająca automat na bilety. Proszę wsunąć kwit w szczelinę, a po chwili odbierze Pan w podajniku zagubione dokumenty – podpowiada urzędnik.
Biorę kwit, podchodzę do kolejnego automatu. Wsuwam go w szczelinę. Zgrzytnęło, zaświstało. Kwit połknięty. Automat zatrzeszczał, popychał i wypluł… Właśnie tak, wypluł. A nawet opluł. Opluł mnie jakąś mokrą śmierdzącą maziowatą papką. Co jest do grane? Nagle pojawił się błysk i z automatu buchnęły płomienie.
Momentalnie uruchomiły się tryskacze. Pożar ugaszony został szybko i sprawnie. Tyle tylko, ze ja nadal nie mam dokumentów i nie mogę przekroczyć granicy. Niech to szlag…
– Nic się Panu nie stało? – zapytał podbiegłszy zmartwiony i nieco przestraszony urzędnik.
– Nie, tylko to dziadostwo mnie opluło, a potem zwyczajnie sobie spłonęło…
– No tak, przepraszam bardzo. Ostatnio zdarzają się u nas różne awarie. To pewnie przez te przymrozku. Wie Pan, światłowody na mrozie się kurczą, zwężają i fotony mają problemy, aby się przez nie przecisnąć…
– I co teraz? Co mam zrobić? Jak dostać się do domu?
– Hm, mamy kłopot. Zapraszam do naszego pokoju służbowego. Podam Panu gorącą kawę i podzielę się moją kolacją. Pan sobie odpocznie, a ja tymczasem wykonam kilka telefonów i skontaktuje się z naszym Pogotowiem Obywatelskim. Jutro z pewnością przyślą kuriera z Pańskimi dokumentami.
* * *
Rzeczywiście. Po kiepsko przespanej nocy na krzesłach w służbówce, skromnej dzielonej na dwóch kolacji, zaraz z rana dostałem przesyłkę. Kurier nie zważając na deszcz, pędził cała noc, aby dostarczyć dokumenty. Z samego rana podjechali też serwisanci i wymienili automat. Pożegnawszy się z urzędnikiem i podziękowawszy za gościnę, począłem się pakować. W końcu dotarłem. Oto jestem. Oto wróciłem.
Jaką jesteś Sarmacjo dnia dzisiejszego? Co mnie tu czeka? Jakie niespodzianki kryjesz przede mną? Głodny wiadomości zebrałem bagaże. No to w drogę.
Choć zmęczony, radośnie przekroczyłem granicę. Moim oczom ukazał się widok…
Księstwo Sarmacji, Czarnolas, 2013.11.25
Adam Gabriel Grzelązka
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
7 826,00 lt
Ten artykuł lubią: Młynek Kawowy, Karolina Aleksandra, Henryk Leszczyński, Paulus Buddus, Mateusz von Lichtenstein-Iontz, Robert Fryderyk, Roland Heach-Romański, Krzysztof Czuguł-Chan, Teodozjusz Azoramath-Arped, Jack von Horn, Andrzej Fryderyk, Igancy Kalbuszewski, Krzysztof von Thorn-Macak, Fryderyk von Hohenzollern, Jan via Teutończyk, Borys Ivanowicz.
Komentarze
Roland Heach-Romański
Ścianopis... justowacz... ja kochać już :D Uż uż :D
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.