Nie jest dla was!

To oto moto

Z
zamyślenia wyrwał mnie warkot silnika. Sądząc po wydawanym przez niego dźwięku, mógł to być tylko autobus dalekobieżny. Spojrzałem przed siebie. Za ogrodzeniem, poprzez zarośla przebijała się sylwetka… O rany?! To to jeszcze jeździ? Tym mam podróżować?

N
iestety, wygląda na to, że tak. Zapaść gospodarcza przyczyniła się do wielu kryzysów. Z braku możliwości nabywania nowych pojazdów, każdy dba o swój stary własny i łata go jak może. Widok nie zachęcał do podróży, ale ja nie miałem wyjścia. Musiałem się jakoś stąd wydostać. Powoli wstałem i poszedłem przywitać się z kierowcą.

O
kazał się nim młody i wesoły człowiek. Bardzo kulturalny i gładkiego usposobienia. Nie rozpoznałem jego pochodzenia, ale charakterystyczny akcent i nieco specyficzny sposób ubierania się coś mi przypominał. Tylko co?. Czułem, ze winienem wiedzieć. Że powinienem rozpoznać. Ale pamięć się zablokowała i żadne słowo, żaden obraz nie chciały przejść przez mgłę i ukazać się w olśnieniu rozpoznania. Gdybym go nie widział i nie słyszał, a jedynie ktoś by mi powtarzał jego słowa lub bym je zwyczajnie czytał, rękę dałbym sobie uciąć, że to nie jest kimś, kogo chciałbym spotkać w ciemnym zaułku. To, co mówił, jak mówił, jak się ubierał w jakiś zadziwiający sposób kolidowały z tym, jak się zachowywał, poruszał i uśmiechał. Wydawał się być łagodnym młodzieńcem, ale ta łagodność skrywała gejzery agresji. Agresji, którą w jakiś zadziwiający sposób siła woli w sobie powstrzymywał.

D
zień właściwie chylił się ku zachodowi. Czekała mnie nocna podróż. Wiatr niemal całkowicie już rozpędził deszczowe chmury. Mroźne, siarczyście mroźne powietrze wyostrzyło gwieździste niebo.


Nocą przy księżycu koty się kocą

001_agg.jpg

G
dy gdzieś w środku nocy stanęliśmy na przydrożnym postoju, wychodząc za potrzebą, ujrzałem cudownej piękności księżyc. Nieczęsto siego widuje w takiej okazałości. Zapatrzyliśmy się wszyscy dłuższą chwilę. Nikomu nie było spieszno jechać dalej. Każdy napawał się pięknem nocy. Stalibyśmy tak zapewne jeszcze długo, ale zimno zaczęło dawać się za bardzo we znaki i schroniliśmy się w bądź co bądź ciepłym wnętrzu naszego busa. Jedziemy dalej. Za jakieś dwie godziny dojedziemy do granicy prowincji.

Z
e snu wyrwał mnie pisk opon. Autobus nagle hamował. Gwałtownie hamował. Hamował ze wszystkich sił. Dwoił się i troił, aby zahamować przed płonącym na środku drogi ogniskiem.

C
o to? Bandyci? Partyzanci? Napad? W środku nocy? W spokojnym kraju? Czyżby komuś nie w smak ostatnia elekcja i zawiązał jakąś bojówkę, która teraz siła będzie przekonywać do swego jedynie słusznego punktu widzenia? Wezmą nas na zakładników? Rany, będą torturować? A w końcu zakopią bezimiennie gdzieś w lasach. Żeby chociaż zakopali, a nie porzucili gdzieś w bagiennych ostępach na pastwę aligatorów…A może tylko nas złupią? Oskubią do cna. Ogołocą do suchej nitki?

S
zarpnęło. Zarzuciło. Wpadliśmy w lekki poślizg. W końcu stanęliśmy rozbryzgując dookoła fontannę żwiru. Cały zgiełk wywołany gwałtownością hamowania zamilkł. Zapadła totalna cisza. Słychać było jedynie syk iskier i palącego się w ognisku drewna. Nic. Nerwy napięły nam się do ostateczności. Co teraz? Co teraz nas czeka?

C
isza przedłużała się. Ognisko oślepiającym żarem zasłaniało wszystko, co było dalej. Nie mogliśmy jechać dalej. Nie było możliwości zawrócić. Co teraz? Za oknem powoli świtało. Znów zaczęło padać. Ludzie zaczęli szeptać. Kierowca syknął zdenerwowany.

– Ciii…

S
pięty pochylał się nad kierownicą. Próbował przebić swym wzrokiem przemijający mrok i słabnący deszcz. Trwaliśmy tak już w zawieszeniu dobry kwadrans. Ogień we żaden sposób nie przygasał. Z drugiej strony majaczyły jakieś niewyraźne sylwetki. Ktoś dbał, aby ogień wciąż był wielki. Ktoś dorzucał co rusz nowe kawałki drewna.

005_agg.jpg

L
udzie zaczęli się wiercić zdenerwowani. Ktoś podszedł do kierowcy. Coś szeptał mu do ucha. Ten pokręcił nerwowo głową.

– Nie wolno. Lepiej nie wysiadać. Czekamy. Tam na zewnątrz nie jest teraz bezpiecznie. Póki siedzimy w środku, na razie nas nie ruszą. Na kogoś czekają…
– Kto? Na kogo? Kto rozpalił ogień? Kim oni są? – zewsząd posypały się pytania.
– Ciii. – Zdecydowanie rzucił kierowca nawet sienie odwracając do pasażerów.
– Ich lepiej nie drażnić. To ich teren. Coś szykują. Najwyraźniej nie chcą nas wpuścić.
– Ale kto?
– No ONI!

Z
apadłą niezręczna cisza. Ołowiana. Ciążyła każdemu z nas kamieniem na sercu. Myśli tymczasem galopowały. Wyobraźnia szalała. Nie ma nic gorszego od czekania. Kimkolwiek oni byli, doskonale o tym wiedzieli.


Cienie we mgle

002_agg.jpg

D
eszcz przeszedł w poranną delikatną mżawkę. Wstające słońce ogrzało zmarzniętą mokrą ziemię. Podniosły się mgły. Zza ogniska, które w końcu zaczęło wygasać. Mgła tłumiła głosy. Nagle zrozumiałem. Mój kierowca mówił tym samym akcentem. W podobny sposób formułował zdania! Zasadzka? Zbieżność okoliczności? Chyba to drugie.

– Ciurle pruli pełnym zadęciem. Byż nie zdążywszy pierdziachnęli w nasz ogienek i byłaby z nich kaczka padaczka.
– Wciąż tam są? Wysiadał ktoś?
– Gdzieżby tam? Ciamkają w pełne porcięta jak miot maciory w paszczy Leona. Szkoda, bo chciałoby się kogoś byrgnąć w zadziewiec…
– Dobra idziemy…

Z
mgły wyłonił się oddział zbrojny w strojach maskujących. Dowódca podszedł do przednich drzwi. Stanął. Kierowca otworzył.

– W kubeła gębieta kundle liniejące! Przygotować mi tu do kontroli pismaki urzędne. Ale już! I cisza. Komu gębulec ślinę popuści, temu zębiszcze odeślem pocztą do rodziny.

D
owódca i dwóch zbrojnych po zęby goryli szło w głąb autobusu. W moją stronę. Siedziałem na końcu. Z nerwów chciało mi siena stronę. Ale się nie ruszałem. Wyjąłem dokumenty i czekałem.

W
sumie nic więcej się nie działo. Sprawdzanie dokumentów szło sprawnie i bez niespodzianek. Przyszła moja kolej. Podałem. W postawie dowódcy natychmiast zaszła zmiana. Jakby go zelektryzowało. Stanął w rozkroku.

– Wstawać! – Wrzasnął opluwszy mnie śliną. – A ty gdzie swą śmierdziuchę pchasz w naszą przenjaświętliwszą ojczyźnianą ziemię? Kto ci kazał tu zapuścić swe parchate gębię? Brać go!!!

D
wóch goryli przyskoczyło natychmiast do mnie. Mój bagaż wyleciał przez okno. Dowódca wyszedł za mną. Autobus odjechał objechawszy przygaszone specjalnie na tę okazję ognisko. Zostałem sam spętany żelaznymi uściskami goryli. Przywleczono potężny łańcuch. Skrępowanego podwieszono za nogi do drzewa. Zacząłem tracić przytomność.


Zawieszony na łańcuchu

003_agg.jpg

G
dy tak już zawisłem w tej niewiarygodnie parodycznej pozycji, na wysokości mej twarzy zawitała twarz patrolu, który mnie zatrzymał. Popatrzył przenikliwie w moje oczy. Przez chwilę nic nie mówił. Nagle złapał mnie za włosy, przyciągnął me oczy do swych i wycedził przez zęby:

– To miejsce nie jest dla was, towarzyszu! – I odszedł w dal.

M
ój umysł pracował gorączkowo pomimo uczucia odpływania w niebyt. O co chodzi? Dlaczego ja? Czemu mnie wywlekli? Czego chcą? Co dalej? Skończę jako żarcie dla psów? Uwędzą mnie w dymie ogniska, które znów tymczasem rozpalono. Mokre drewno tliło się wydzielając kłęby gryzącego dymu. Załzawione oczy traciły obraz.

G
dzieś odeszli. Znów cisza. Znów tylko skwierczenie ognia. Dookoła mgła zgęstniała jeszcze bardziej. Zostałem sam. Nagle trach!!! Omal nie złamałem sobie karku. Potężny łańcuch, do którego ,nie przywiązano, zerwał się. Kilka ogniw spadło na mnie mocno tłukąc. Przez chwilę leżałem przerażony. Zaraz tu będą! Zaraz mnie dopadną! Zaraz się zacznie! Ale nie. Nic. Nadal cisza. Czasem wiatr zawiewał niezrozumiałe skrawki rozmów. Nikt się chyba nie zorientował. Nikt chyba niczego nie zauważył. Mgła stłumiła odgłosy. Podczołgałem się do pnia drzewa, gdzie leżał mój wybebeszony w połowie plecak. Usiadłem i skrępowanymi na plecach dłońmi usilnie zacząłem szperać w kieszonkach. To gdzieś musi być. Gdzie to schowałem. O jest. Wyjąłem mały scyzoryk. Dalej poszło już migiem. Uwolniwszy się od więzów bezszelestnie zebrałem moje rzeczy, te których mi nie rozkradziono, upchnąłem w plecak, zarzuciłem go na plecy i w nogi.

L
ata spędzone na podróżach przydały się jak nigdy. Mój organizm działał niczym automat. Ha, może się uda. Każdy krok uwalniał mnie od mych oprawców. Każdy krok zwiększał szansę na wolność. Po pół godzinie marszobiegu dotarłem do bystrego strumienia. Pognałem jego korytem. Przejmujące zimno. Woda momentalnie przemoczyła ubranie. Ale nie ma rady. Nic to. Lepiej już teraz oswoić się z zimnem. To gdzieś tu. Gdzieś niedługo. O chyba już, już. Szum katarakty. Wodospad. Cóż, raz kozie śmierć. Skoczyłem w dół wodospadu…

004_agg.jpg


Księstwo Sarmacji, Czarnolas, 2013.12.02
Adam Gabriel Grzelązka
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
1 705,00 lt
Ten artykuł lubią: Vladimir von Hochenhaüser, Kedar via Margończyk.
Komentarze
Vladimir von Hochenhaüser
Cytuję:
Okazał się nim młody i wesoły człowiek. Bardzo kulturalny i gładkiego usposobienia. Nie rozpoznałem jego pochodzenia, ale charakterystyczny akcent i nieco specyficzny sposób ubierania się coś mi przypominał. Tylko co?. Czułem, ze winienem wiedzieć. Że powinienem rozpoznać. Ale pamięć się zablokowała i żadne słowo, żaden obraz nie chciały przejść przez mgłę i ukazać się w olśnieniu rozpoznania. Gdybym go nie widział i nie słyszał, a jedynie ktoś by mi powtarzał jego słowa lub bym je zwyczajnie czytał, rękę dałbym sobie uciąć, że to nie jest kimś, kogo chciałbym spotkać w ciemnym zaułku. To, co mówił, jak mówił, jak się ubierał w jakiś zadziwiający sposób kolidowały z tym, jak się zachowywał, poruszał i uśmiechał. Wydawał się być łagodnym młodzieńcem, ale ta łagodność skrywała gejzery agresji. Agresji, którą w jakiś zadziwiający sposób siła woli w sobie powstrzymywał.
A to ciekawa postać... liczę na rozwinięcie jej wątku! Czy jej odpowiednik jest wśród nas? (po prawdzie nie mam pojęcia, kto mógłby nim być- może ATW?- ale spytać zawsze warto)
Odpowiedz Permalink
Adam Gabriel Grzelązka
Pierwotnie ten tekst był mniej aluzyjny. Ale postanowiłem zatrzeć ślady. Ciekawe, czy ktoś coś skojarzy... Czy komuś to i owo zatrybi, zaskoczą zębatki i zaskoczy skąd ów dzisiejszy wątek opowieści, a właściwie wątki...

Cóż mogę powiedzieć. Trzeba próbować, trzeba zgadywać. Proponować, pytać. Szukać, dochodzić, w głowę zachodzić...
Permalink
Vladimir von Hochenhaüser
Mam już pewien pomysł (cbyba jednak nie ATW), ale na razie chyba zachowam dla siebie.
A kto się kojarzy pozostałym czytelnikom?
Odpowiedz Permalink
Ignacy Urban de Ruth
Jeszcze nie czytałem, jutro/pojutrze nadrobię. Ale ten nagłówek: "GONIEC CZARNOLESKI: Nie jest dla Was!" <3
Odpowiedz Permalink
Adam Gabriel Grzelązka
Cytuję:
Jeszcze nie czytałem, jutro/pojutrze nadrobię. Ale ten nagłówek: "GONIEC CZARNOLESKI: Nie jest dla Was!" <3

Skojarzenie: bezcenne, choć zamierzone.
Mam tylko nadzieję, że nikt nie weźmie tego na poważnie i ludziska nie przestaną aby czytać tej wspaniałej (mam nadzieję) gazety.

Czekam póki co na propozycje: kim jest kierowca i gdzie dzieje się akcja?
Zaznaczę tylko, że artykuły w Gońcu układają się w pewien cykl podróżniczy.

Idąc za cisem: kim był pomocny urzędnik w punkcie granicznym? A kasjer na dworcu? I co jadłem w dworcowej restauracji? Kim był w końcu ów przechodzień?
Permalink
Vladimir von Hochenhaüser
Pytanie pomocnicze: czy autobus jest alegorią prowincji/instytucji, a kierowca jej szefa lub zasłużonego i wysoko postawionego aktywisty?
Odpowiedz Permalink
Adam Gabriel Grzelązka
Autobus jest zwyczajnie środkiem lokomocji. Można się w nim również jakiejś tam lekkiej aluzji doszukać, ale nie chodzi bynajmniej o jakąkolwiek aluzję.

A co do kierowcy... Alegoria postaci, a postacie zawsze skądś pochodzą i albo są, albo nie są znane, ustawione, postawione, czy co tam jeszcze można o nich powiedzieć.

No nie mogę podpowiadać, zepsułoby to zabawę :) Kiedyś i tak stanie sie to jakoś jasne :)
Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.