Mnie też szukają

Otchłań

S
koczyłem. Raz kosie śmierć. Nie było wyjścia. Nie wiem, jak ale szli za mną. Szli z psami. Słyszałem ich. Nie przejmowali się czynionym hałasem. Zresztą niósł ich obecność wiatr. Obecność wyraźnie wyczuwalną. Obecność zatykającą oddech. Moje wyostrzone zmysły ostrzegały o ich niebezpiecznej obecności. Nie było już czasu na szukanie jakiegoś łagodniejszego sposobu. Jakiegokolwiek sposobu. Skok. Tylko to mi pozostawało.

T
o był długi lot. Skok w ciemno. Skok w wodną kipiel. W obłok pary przysłaniający to, co czekało mnie na dole. Przecież nie znam tych wód. Nie wiem, co czeka mnie tam na dole. Cokolwiek jednak miałoby to być, wydawało się o niebo lepsze od tego, co obiecywali mi w swych rozmowach, ci co szli za mną. Co mnie ścigali. Tylko dlaczego? Dlaczego nie ścigają?


Czuję ich!


S
mród. Przeraźliwy smród. Powietrza! Zachłysnąłem się powietrzem. Nie zdołałem jednak niczego wykrzyknąć, choć wiele słów wątpliwej piękności cisnęło mi się na usta. Skąd ja znam ten smród? I kto…

– Ciii!... – koś wyszeptał mi do ucha jednocześnie zatykając usta dłonią. Próbowałem się wyszarpnąć, ale przytrzymał mnie żelaznym uściskiem.
– Siedź cicho i nie ruszaj się. Inaczej nas znajdą. Inaczej nas dopadną.

Z
nieruchomiałem. nagle przypomniałem sobie. Ognisko. Drabów, którzy mnie wywlekli z autobusu. Łańcuch do którego mnie podczepili. I wodospad. Co się stało? Musiałem stracić przytomność, bo dalszy ciąg przepadał w mrokach.
– Gdzie jestem? Kim ty jesteś? – udało mi się wyszperać przez zatkane usta.
– Później – odparł szeptem nieznajomy – Teraz musimy stąd się wydostać. Psy nas w końcu odnajdą.

P
rzechodzili niedaleko. O kilka kroków. Ale psy jeszcze nie nadeszły. Wciąż słychać było ich ujadanie gdzieś w górze. Nad wodospadem? Rozejrzałem się ostrożnie. Leżeliśmy za załomem skał, we wgłębieniu. Woda stąd nie była widoczna, ale dało się ją słyszeć.

Z
nów się ściemniało. Jak długo byłem nieprzytomny? Uderzyłem w coś? Raczej nie. Nie odczuwałem żadnego bólu. Poruszyłem kończynami. Nie, nic nie zostało złamane. Więc? Jakoś przecież utraciłem tę przytomność? Na jak długo?

– Skoczyłeś do wód termalnych. Szok termiczny. Dobrze, że się nie ugorowałeś, nim cię znalazłem – jakby czytał w mych myślach nieznajomy.

A
ha. To dlatego tak mnie skóra piecze. Jak po wizycie w saunie. Zaraz, musiało minąć całkiem sporo czasu. Kiedy im uciekłem? Myśli, mętne myśli nijak nie chciały się uporządkować. Ale sądząc po słońcu, mamy popołudnie? A jakoś mi się zdaje, ze uciekałem nad ranem. To ten sam dzień? A może następny? Nic nie pamiętam… Wciąż nic mi się nie układa.

– Plecak?
– Jest tutaj. Wyłowiłem go wraz z tobą.
– Dzięki – wędziłem cicho przez zęby.

G
łosy nieco się oddaliły. Właściwie niewiele było już ich słychać. Choć nadal wyraziście czuć. Psy nadal nie zostały sprowadzone. Najwyraźniej jest jakieś zejście, ale niełatwe w przeprawie i nie da się go szybko przemierzyć. Tym lepiej dla mnie. Dla nas. Dawało nam to jakaś szansę. Że będą szukać nieuważnie. Że nie znają dobrze okolicy. Wystarczająco dobrze, by domyślić się miejsca naszego ukrycia.

– Dobra idziemy. Musimy teraz zaryzykować, nim się zorientują. Idź za mną. Tylko nisko trzymaj się przy ziemi, to nas nie zauważą.



Rynna


Z
aczęliśmy się czołgać. Krok po kroku oddalaliśmy się skalną rynną. Powolutku, tak by nie czynić żadnego hałasu. Powolutku, tak by się nie wychylić i nie zostać zauważonym znad brzegu rwącej rzeki. Nieustanie do przodu. Męcząca przeprawa z napiętymi do granic możliwości mięśniami, by złagodzić każdy potencjalny szelest.

– Czemu ta skała jest tak gładka?
– Nocą, kilkadziesiąt metrów wyżej, ze skalnej studni regularnie tryska gejzer ze wrzątkiem. Woda jest nie tylko gorąca, ale i mocno kwaśna, dlatego wytrawiła tę rynnę. Musimy zdążyć, nim znów popłynie.

K
urczę. Ale miłą perspektywa, jak nie zdążymy. Ja nas nie ugotuje, to nas rozpuści. Tłumaczyło to lekką kwasowatość powietrza, jaka dawało się wokół odczuć. Delikatną, zwiewną, lecz ciągle obecną i nienaturalną dla górskiej wody. Ale dla gejzera – czemu nie.

P
o dobrej godzinie miałem dość. Gładkość gładkością, ale skała twarda jak nie wiem. A rynna kręta. I wąska. Z ledwością się mściliśmy. W końcu dotarliśmy do skalnego cumowiska. Tutaj rynna rozszerzała się gwałtownie. Pełno było skał, które najwyraźniej odkruszały się z górnej części wąwozu i spały właśnie tutaj. Ta, to teraz jeszcze można nas coś przygnieść.

Z
aczęliśmy biec mocno przychyleń do ziemi. Nagle moim oczom ukazała się małą grota. Wcisnęliśmy się do środka. Zakręcała przechodząc w niewielką jaskinię. Nieznajomy zatrzymał się. Podał mi koniec sznura, którym był obwiązany kilkakroć w pasie.

– Masz, przywiąż się. I nie puszczaj. Jeśli się zgubisz, w tych labiryntach możesz nigdy nie odnaleźć już wyjścia. Ciągną się kilometrami. Nawet ja mogę nie zdołać cię odnaleźć.



Przez mrok


Z
anurzyliśmy się w wilgotny mrok. Gdzieś w oddali kapała woda. Szliśmy dość szybko, przecz co ciągle o coś zaczepiałem i uderzałem. Nieznajomy szedł pewnie, nigdy się nie wahał na rozwidleniach. I nigdy o nic nie uderzał. Pięknie będziemy wyglądać na końcu drogi. On bez szwanku, a ja cały w siniakach i guzach na głowie. Raz szliśmy wzdłuż lewej, raz wzdłuż prawej ściany. Co chwila skręcaliśmy. Miałem wrażenie, że kręcimy się w kółko. Że nigdzie się nie posuwamy. Jedynym wskaźnikiem było to, że szliśmy ciągle w dół. Poza tym dawno już się pogubiłem w zawiłościach naszej drogi przez całkowity mrok.

W
oddali zamajaczyło jakieś światło. Wygląda na to, że przez jakąś szczelinę do środka wpadały promienie księżyca. Jakaż radość zobaczyć po długim błądzeniu choć tak skąpe oświetlenie. Doszliśmy do niewielkiego kręgu srebrzystego światła. Studnia wydrążona kiedyś zapewne przez wodę. Nieznajomy podszedł do przeciwległej ściany.

– Uwaga na głowę – powiedziawszy to pociągnął za ledwo widoczną linkę. Nagle z góry prawie prosto na mnie spadła drabinka sznurowa.
– Chwilę odsapniemy. Czeka nas godzinna wspinaczka do mojej kryjówki. Tam, w górę.

P
rzysiedliśmy w milczeniu. Nieznajomy podał mi manierkę. Po paru łykach oddałem. Ja z klei wyciągnąłem z plecaka suchy prowiant podróżny, jaki ze sobą zawsze wożę na wszelki wypadek. Żeśmy w milczeniu. Dyskretnie mu się przyglądałem. Młody. Wysoki. Musi być, ze mieszkał tu od dawna. Świadczyło o tym jego ubranie i przede wszystkim zmierzwiona fryzura oraz kilkutygodniowy co najmniej zarost.

– Gotowy?
– Ta, a mam wyjście?
– W sumie nie. No chyba, że chcesz sobie pospacerować po omacku – zaśmiał się nieznajomy.




Szczeble

W
spinaliśmy się i wspinaliśmy. Szczebel po szczeblu. Końca nie widać. Do góry nadal daleko. Dół stał niemaleńką plamką księżycowego światła. Wszystko mnie bolało. Poobijany podczas czołgania brzuch o choć śliską, to przecież mocno nierówna powierzchnie rynny. Bolały mnie nogi. Ale co zrobić. Trzeba noga za nogą, stopa za stopą, szczebel za szczeblem. Rąk już nie czułem. Byle tylko nie stracić czujności i nie puścić drabinki. Byłoby to równoznaczne z końcem jakiejkolwiek ucieczki. Czułem się osaczony przez ledwo widoczne srebrzące się w księżycowym blasku ścianki skalne. Jakby chciały się na mnie zacisnąć.

G
dy miałem już serdecznie dość, drabinka nagle się skończyła. Może nie tyle skończyła, co zamiast ściany przed nią dało się wyczuć pustkę. Szła gdzieś dalej w górę, ale nagle zniknęła skała przed nią. Owa skała przechodziła tu w naturalny tunel poziomy, który skalną półką dochodził do komina. Spojrzałem w górę. Do powierzchni jeszcze daleko. Musieliśmy nieźle zejść w dół na początku tej wędrówki, skoro od dobrej godziny wspinamy się pionowo w górę, a i tak wciąż daleko gdzieś nad nami jest powierzchnia.

– Dalej się nie da – jest za wąsko. Nawet dziecko się nie przeciśnie. Na szczęście z góry nie widać drabinki.

S
apałem siedząc na podłodze salki. Nieznajomy tymczasem pracowicie podciągał drabinkę pieczołowicie układając ją pod ścianą Gdy skończył, spuścił na dół stalowoszarą cienką linkę. To za jej pomocą ściągnęliśmy tę drabinkę w dół. Robił to w pełni automatycznie. Jakby każdy jego ruch był przećwiczony już tysiące razy. Nie przeszkadzał mu niemal całkowitym mrok.

– Dobra. Teraz już niedaleko. Jesteśmy niemal na miejscu.

W
eszliśmy w kręty tunel. Znów po omacku. Znów szedłem za nim na słuch. Po kilku zakrętasach nasz tunel przeszedł w niewielką grotę. Najwyraźniej został w tym miejscu ręcznie poszerzony. Sądząc po fakturze ścian, które dotykałem dłońmi posuwając się naprzód i próbując wyczuć potencjalne zagrożenia, owa jama nie była wytworem natury. Może po części, ale po części poszerzył ją człowiek.

– Zaczekaj
– ? – stanąłem zdziwiony

S
łyszałem, jak jego kroku się oddalają. Co? Teraz mnie porzuci na pastwę losu? Jeden, dwa, trzy, nie piąty, szósty już krok? Cholera jak daleko już jest? Zgrzyt żelaza? Stukot. Echo. To nie jest skała. Metalowe drzwi? Co jest?...

– Ta dam! – ze śmiechem wykrzyknął nieznajomy.




Światło!

P
oraziło mnie światło. Na chwilę oślepłem całkowicie. Przejście z całkowitej ciemności wzrost w jasno oświetlony korytarz było bolesne, bardzo bolesne. Potrzebowałem długiej chwili, aby oswoić się do jasności i pokonać ból w oczach.

– Zapraszam do mojej ryjówki – obciągnął mnie za rękaw pomagać po omacku przekroczyć żelazne drzwi.
Znów zgrzyt żelaza. Drzwi zostały zatrzaśnięte.
– A oto moja kryjówka. Oto mój dom.
– A światło?

M
am tu małą elektrownię wodną. W tych skałach płynie wiele wartkich strumieni. Trochę wysiłku i dorobiłem w wielu tylko mnie znanych miejscach ukryte turbiny na tych strumykach. I dzięki temu mam tu znośne warunki.

Z
askakujący człowiek. Uratował mi życie, a teraz ofiarował schronienie. Od słowa do słowa, opowiedział mi w końcu swą historię. Właściwie niewiele opowiadał. Opowiadał niechętnie. Ot, czasem rzucał jakieś zdanie. Resztę musiałem sobie dopowiedzieć sam. Jego też ścigali. Przyszli kiedyś nocą, podpalili mu dom. Któryś już z kolei raz. Ledwo uszedł z pożaru i obławy. Ale był przygotowany. Był już przyzwyczajony. Nie byłą to dla niego pierwszyzna.

T
o dlatego wtedy tam. Dlatego mnie nie wpuszczono. Dlatego wywleczono z autobusu. Pochodziliśmy z tego samego regionu. Nie mogli dorwać jego, więc mścili się na innych. Na kim si dało. Na kimkolwiek. To miało jakiś wspólny z nim związek. Wciąż pozostawało wiele nierozwikłanych zagadek. Ale to i owo mi się zaczęło wyjaśniać. Ta, sporo się zmieniło w mojej Sarmacji.

– Przeczekasz tu dwa, trzy dni. Potem odejdą i będziesz mógł pójść dalej. Niedaleko stąd do stolicy. Ktoś cię podwiezie na pewno.



Księstwo Sarmacji, Czarnolas, 2013.12.15
Adam Gabriel baronet Grzelązka herbu Opoka
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
3 494,00 lt
Ten artykuł lubią: Vladimir von Hochenhaüser, Krzysztof St. M. Kwazi, Konrad Van den Budenmayer, Fryderyk von Hohenzollern, Kedar via Margończyk, Mirosław Kryński, Jan via Teutończyk, Krzysztof von Thorn-Macak.
Komentarze
Krzysztof von Thorn-Macak
mniam :)
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.