Upojnej nocy następstwa

C
o za noc. Cóż to była za noc. Długa i upojna. Noc wesoła, noc niespokojna. Bo i niezwykła była to drużyna śmiałków. Ze świecą szukać takich zuchwałków. Gdy już dotarli niemal na miejsce, w karczmie u skraju bezdroży, nieopodal miejsca, gdzie ostatnio smocze truchło widziano (ponoć widziano, bo nikt kto smoka widział, tego nie potwierdzał; ba nie było kogo spytać, bo znikał niczym kamfora, w brzuszku smoczym).


O
tóż, gdy wszyscy śmiałkowie już przybyli i jakoś się rozgościli w karczmie, zabrali się za to, co potrafił każdy i każda z nich najlepiej: jaki to ja wspaniały, jaka ja waleczna, a w ogóle to szczęście macie, ze do was dołączam, po rękach całujcie, bo zaszczyt to wielki u mego walczyć boku, a najlepiej to mnie nie przeszkadzać, bo ja tgo smoka to gołymi ręcymy… I tak dalej, i tak piękniej, i tak bajdurzyli o suchym pyskowcu. Karczmarz bowiem w ciemię bity nie raz, nie dwa, ale po wielokroć przez podobnego autoramentu pzrzybyszów, co to im samochwalstwo ze słomą z butów, wzion i natychmiast najtańszego wińsa im zapodał tłumacząc się suszą no i zbrodniarstwem smoczym, że to niby smok opój i wzion wino z piwniczki podprowadził, a jeno ów sikacz nad sikacze wzion pozostał.


R
adzi niespecjalnie popijali tego winowca, spod oka bykiem jedno na drugiego spoglądając. I byliby się i wzięli podroczyli, ale od czego złodziej w drużynie? Ten zwąchał gorzałkę nosem i niespostrzeżenie oskubał z butelczyny krasnali. A zwędziwszy od niechcenia wyciągnął, ze niby za pazuchą trzymany, dzbaniec przedniego bimbru krasnoludziego. O, od tegoż momentu inaczej sprawy były się i potoczyły. Krasnoludy ciut spod oka nań patrzyły, chybcikiem przeglądać poczęli swe sakwy, ale dziwnym trafem ilość butelczyn nijak nie chciała brakować i zgadzała się z tym, co im się na palcach rąk i nóg podliczyć udawało. A wąchali, a pod świecę pooglądali, ale widząc, że elfy opoje już swą nalewkę kończą, jednym haustem każdy z krasnali i swą porcję bez szemrania przełknął.


O
j długa to była noc, długa. Po takim wstępie języki się poplątały i aż dziw bierze, ze nikt nikogo za czuprynę nie pochwycił i o kant stołu nie przycapił. Dość o tym jednak. Skończyło się tym, że popiwszy sobie od serca, posnęli w końcu snem kamiennym i ledwo popołudniem późnym każdy ze śmiałków się zwlókł i jako tako oporządziwszy pod wieczór już właściwie się zdrużynowali i wyruszyli.


N
o i nagle te skrzaty. Czemu nikt o tych skrzatach wcześniej nie wspominał? Zupełnie zbici z pantałyku bohatyrowiczowie nasi zupełnie się pogubili głupstwo za głupstwem popełniając.


T
en kretyn i opój jeden krasnoludzki, co to sobie przed chwilą z takim upodobaniem w literach wiadomych grzebał i rubina wydobył, rzucił teraz go im. Cóż on sobie myślał? Tfu, źle. Tfu, wróć. Wiadomo przecież, ze krasnale najpierw działają, a potem liżą rany. Na myślenie zbytnio im czasu ni odwagi nie staje. I mówię wam: rzucił tym rubinem, niczym przynętą na ryby. I co? Skrzaty omal się nie porozpękiwały ze śmiechu. Ten jednak niezrażon ich śmiechem, ba w ogóle traktując ich jak niegroźne powietrze, wywijać począł młynki toporne toporkiem swoim topornych rozmiarów. Efekt? Wiadomy. Można się domyślić. Wiatru narobił, zasapał się niemożebnie i wykopyrcił z takim hukiem, że aż stropem potrzęsło. Leży jak długi, rubin mu w czoło wbity krwią opływa. O tym, co ów krasnal boleści siedmiu pokoleń pod nosem, a właściwie pełnym bulgotań gardłem nawykrzykiwał, nie godzi się powtarzać, coby panien czytających te wspomnienia z wyprawy nie gorszyć. Jedno przyznać mu trzeba. Krasnoludzia pazerność dać znała i choć powalon i we krwi, zaraz sobie ten kamień pięknej urody wydłubał i do kieszeni uchował na zaś.


W
idząc co się dzieje, a dzieję się nie najlepiej, dzieje się dramatycznie, elf z właściwą sobie angielską flegmą, jakby w zwolnionym tempie strzałę nałożywszy na łuk swój wyśmienity, wypuścił. Kto uważnie nie patrzył, powiedziałby, ze nawet niespecjalnie się przy tym zasapał, niespecjalnie przykładał do naciągania łuku i niespecjalnie nawet, a może i w ogóle nie mierzył. Kto tak pomyślał, w błędzie jest i basta. Elf ów, choć może od skutków kaca niepewnie na nogach stojący i jeszcze przed chwilą wygadujący brednie wierutne o swym rzekomym królewskim pochodzeniu, ów elf łuk miał we krwi tak bardzo, że strzelanie zeń dlań było równie naturalne, jak oddychanie. Instynkta obronne go nie zawiodły. Trafiony skrzat nawet nie wiedział, ze już nie żył, gdy przed upadkiem zdziwiony zeza na swe czoło poczynił. Tyle, ze jeden mniej, nie znaczy że o jednego łatwiej.


O
j wkurzyło to skrzatów, wkurzyło niemożebnie. A tak swoją drogą, kto dał czarodziejowi łuk? Nie dość, że nie trafił w żadnego skrzata, nie dość że nieomal trafił jednego ze swoich, to jeszcze przypadkowym skutkiem tej nieumiejętnej decyzji jego stał się odłupany kawał skały, nagle światu objawiony szmaragd i potężny błysk zazdrości u obu krasnoludów. Oj, trzeba ze świecidełkami przy krasnoludach uważać. Oni gotowi są co wrednego uczynić temu, kto im sprzed nosa skarbczyk w podziemiach chowa…


C
ałe to zamieszanie zbiło z pantałyku sarmacką maginię. Coś z jej wizjami poszło nie tak, bo nie ziściło się jej przyszłości widzenie. Skrzaty rozjuszone przyparły dzielnych wojów do muru rozpaczy, miast poganiać w głąb jaskinnych korytarzy, gdzie można by je oberwaniem stropu wytępić niczym robactwo niechciane buta podeszwą.


Z
łodziej, dusza towarzystwa szemranego, pomysł miał niezły z tym krasnalim trunkiem. A jako że nie lubił był pijać w samotności, rozczęstował sporą część podprowadzonej wypitki pomiędzy nowych przygody kompanów. Niestety zbyt wiele sobie pozostawił, co czyniło go póki co niezdolnym do logicznego myślenia i sensownego działania. Coś mu zawiało, coś mu zaśmierdziało, ogórek z żołądka wyskoczył przewietrzyć się nieco, a za nim jeszcze pobiegły dwa pomidory i kawałek niezbyt dobrze zgryzionej dziczyzny. Zwomitowawszy sobie od serca chwiał się i stał w miejscu zdziwiony, gdzież to jest właściwie i o co tu w ogóle chodzi i kim są te małe biegające i wyjące wojowniczo skrzaty?



Księstwo Sarmacji, Czarnolas, 2013.12.18
Adam Gabriel baronet Grzelązka herbu Opoka
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
2 073,00 lt
Ten artykuł lubią: Vladimir von Hochenhaüser, Calisto Norvegicus-Chojnacka, Młynek Kawowy, Gustaw Witkowski, Jan via Teutończyk.
Komentarze
Vladimir von Hochenhaüser
Ale będzie śmiesznie, jeśli uda mi się teraz z buraczaną retoryką... ciekawe, jak to Pan opisze :D
Odpowiedz Permalink
Vladimir von Hochenhaüser
A tak w ogóle to jestem troszkę rozczarowany: po takim tytule spodziewałem się co najmniej kolejnej adopcji.
Odpowiedz Permalink
Adam Gabriel Grzelązka
Zobaczymy, może jutro będę miał nieco więcej czasu i lepiej przemyślę to. co nam zaszafuje Mistrzyni. Ja tylko na luźnej zasadzie przetwarzam to, co się na naszej sesji rpg dzieje. Im skąpszy materiał, tym pozornie większa wolność, ale i większe wyzwanie, większa trudność - nie jest łatwo podłożyć coś pod niemal nic... Oby nas tylko owe skrzaty nie przetrzebiły do nogi.
Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.