Tajemniczy Wiewiór

r10z2w89.jpg

P
o wielu perypetiach dotarłem w końcu do Czarnolasu. Moim oczom ukazała się niewielka wioska. Dawna dumna, piękna i ludna Kasztelania skurczyła się mocno. Wiele budynków popadło w ruinę. Zmienił się układ miasta. Niektóre miejsca zupełnie zniknęły z obszaru miejskiego. Powróciły na łono dzikiej przyrody. Piękne kiedyś parki zdziczały zdewastowane i zaniedbane. Odszukałem swój skromny dom. I on nie oparł się czasowi. Wymagał zdecydowania odrestaurowania. Zabrałem się do pracy. Trzeba wysprzątać, uporządkować, ponaprawiać dach i nieszczelne okna. Zima za pasem. Na szczęście ociąga się.

W
wolnych chwilach spacerowałem dawnymi ulicami próbując rozpoznać dawne znane mi kiedyś miejsca. Nie było to łatwe, bo tabliczki z nazwami miejsc albo poginęły albo wyblakły na tyle, że stały się całkowicie nieczytelne. Bardziej musiałem zgadywać, niźli wiedziałem, gdzie rzeczywiście czasem jestem.

O
czywiście nie obyło się bez wizyty w Ratuszu. Ten dawny budynek trzymał się całkiem nieźle, choć nie w pełni był obecnie użytkowany. Jedno z jego skrzydeł zostało całkowicie obecnie zamknięte i nieczynne. Miasto zmalało i nie wymagało już tak wielkiego zastępu pracowników budżetowych. Nie było tyle zajęć, nie było tylu ludzi do rządzenia. Po serdecznej rozmowie z obecnym Kasztelanem zostałem przyjęty w poczet pracowników Ratusza jako doradca. Co prawda bez pensji, ale czego wymagać w czasach recesji Księstwa. Czułem, że czeka nie wyczerpująca praca nade wszystko u podstaw. Tak, wiele jest do zrobienia. Tym bardziej, że notorycznie brakuje rąk do pracy. Widać to po pustawych ulicach miasta.

I
nnego dnia zajrzałem do redakcji Gońca Czarnoleskiego. Tu także pustki. Ostało się niewielu dawnych reporterów. Ale obecnie Goniec ma się dobrze. Po reaktywacji odżył i zajął poczesne miejsce na łamach prasy sarmackiej. Złożyłem oczywiście podanie z prośbą o przywrócenie mnie do czynnej służby dziennikarskiej. Gdzież miałbym, ja stary czarnolesianin, pisać, jak nie w czarnoleskiej gazecie? Sentymentalny się zrobiłem na starość, ech.

6Jq58J34.jpg

M
ijały dni, a ja powoli zadomawiałem się w Czarnolesie. Poznawałem także coraz lepiej całą okolicę. Najpierw tę najbliższą, potem dalszą. Zacząłem od zamieszkałej części miasta. następnie począłem zapuszczać się na nieużytki, między ruiny i w dzikie ostępy. Najczęściej tuż o świcie wypuszczałem się w najdziwniejsze miejsca dawnej świetności miasta. Powoli odnajdywałem ruiny znanych mi budynków. Tu i ówdzie rozpoznawałem szczątki dawnych pomników. Odnajdywałem w zaroślach świetne i piękne kiedyś parki miejskie. czasami po przedarciu się przez bujną roślinność oczom moim ukazywał się jakiś całkiem nienajgorszej zachowany, choć opuszczony i zniszczony przez czas i pogodę budynek. Nie wszystko padło ofiarą rabusiów. Zupełnie jakby ktoś czuwał nad tymi miejscami i odstraszał natrętów. Odstraszał, choć nie czynił niczego więcej, aby uchronić przed wpływami pogody i czasu. Dziwne to trochę.

T
en dzień był jak wiele innych. Słońce właśnie wstawało. Jego delikatne złotoczerwone promienie delikatnie przebijały się przez zarośla. Błękit nieba upstrzony był z rzadka obłokami. Szykował się piękny poranek. Na popołudnie jednak zapowiadano deszcze. Znów deszcze. Ostatnimi czasy dużo padało. Wszystko było rozmokłe i namiękłe. Trzeba uważać, by znów się nie wyłożyć w jakiejś kałuży, jak miało to miejsce wczoraj i przedwczoraj. Kamienie obrosłe mchem są nadzwyczaj zdradliwe. Szczególnie, jeśli aż ociekają namiękłe wilgocią. Dobrze przynajmniej, ze póki co nie ma przejmującego wiatru.

gKk6tVon.jpg

S
zedłem jakąś aleją. Chyba aleją, sądząc z szerokości obu pasów biegnącego środkiem deptaka. tak to zdawało się wyglądać. Zadziwiające, jak szybko wszystko porosło w niektórych miejscach drzewami i krzewami. Zupełnie, jakby ktoś temu procesowi asystował. Jakby ktoś przyrodzie pomagał próbując coś za tymi zaroślami ukryć. Nie mogłem sobie jednak przypomnieć nazwy miejsca, które wybrałem na dzisiejszą włóczęgę. Ach, ta zawodna pamięć. Twarz owiewał mi lekki wiatr. A jednak się powoli zerwał i towarzyszył mi w drodze. Delikatny i zadziwiająco ciepły, jak na porę roku. Dobrze, że to już późna jesień. Inaczej trudno byłoby odnaleźć dawne przejścia. Wszystko tu zarosło. Wszystko teraz porastały młode drzewa i bujne krzewy. Gdyby nie to, że liście opadły, ciężko byłoby się w tym gąszczu połapać. Gdzieś w oddali słychać było pracowitego dzięcioła. Zawsze było ich dużo w okolicy. Bujne kiedyś lasy czarnoleskie obfitowały we wszelaką faunę, a w szczególności we wszelakie ptactwo. A teraz wdarły się w impetem w na poły opustoszałe miasteczko.

A
propo ptactwa. Gdzieś tutaj w okolicy, tak mi się przynajmniej zdaje, mieścił się kiedy Czarnoleski Instytut Przyrodniczy CzIP. Szukałem w wielu miejscach i wychodzi mi na to, ze to jednak winno być tutaj. W jego gmachu zgromadzone były swego czasu imponujące okazy powypychanych ptaków sarmackich. Pamięta mi się taka ogromna sala przypominająca na poły wnętrze palmiarni. Wśród roślin z całego księstwa stały na postumentach owe ptaki. Okazów dostarczały całe pokolenia wędrowców, podróżników i badaczy wszelakiej maści. Obok popularnych i powszechnych okazów było też wiele ptaków niezwykle rzadkich i unikalnych, a nawet obecnie już wymarłych.

P
róbowałem odnaleźć gmach Instytutu od wielu już dni. Póki co, bez większego szczęścia. Ogólnie zauważyłem, że pewnych dawnych miejsc niemal niepodobna obecnie odnaleźć. Jakby je ktoś poukrywał. Kto i dlaczego? A może mi się tylko tak wydaje? W końcu nie było mnie tu tyle lat. Ciekawiło mnie, czy coś ocalało z jego zbiorów i w jakim znajdowało się to obecnie stanie. Przy odrobinie szczęścia może i Instytut nie padł ofiarą miejscowych i przyjezdnych rabusiów i wandali. Może. Rozmawiałem swego czasu z Rektorem Uniwersytetu Starosarmackiego. Jeśliby udało się odnaleźć Instytut i odrestaurować ocalałe zbiory, można by reaktywować Wydział Przyrodniczy na US. Tylko trzeba go znaleźć. Nikt w mieście nie potrafił mi udzielić wskazówek. A ci, co mogliby coś wiedzieć, nie byli od jakiegoś czasu w mieście obecni pozostając gdzieś na dalekich wyjazdach, podróżach czy wyprawach.

W
ędrując po tym zapomnianym przez czarnolesian zakątku miasta od kilku dni miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Tak działo się już od trzech albo czterech dni. Niby nic, niby nikt, ale wrażenie mnie ie opuszczało. Czułem na plecach czyjś przenikliwy wzrok. Głupie uczucie, szczególnie w dzikiej okolicy, gdzie żywego ducha. Czasem jednak jakiś szelest gdzieś w oddali docierał do mych podrażnionych napięciem uszu. Podejrzany szelest. Szelest, nie szelest, może wiatr, ale jakoś tak niespodzianie, coś trochę nienaturalnie. Albo trzask złamanej gałązki. No ta to już na pewno się sama nie złamała. Jakiś szybki ruch gdzieś za krzakami. Hm, to może akurat jakiś spłoszony ptak. A może jednak nie ptak. Nigdy nic nie widać. Nic pewnego. Ale coś podejrzanego się dzieje. czułem to napiętymi do granic możliwości nerwami. Od czasu do czasu aż misie włosy jeżyły na głowie. Ktoś chodził za mną. Ktoś mnie śledził. Zaczynało robić się nieprzyjemnie. Nie miałem pojęcia, ani kim jest, a ni o co mu chodzi.

eSML967b.jpg

T
o spory obszar na pograniczu miasta. Z dala od ludzi. Gdyby ktoś mnie tu napadł, nikt nic by nawet nie usłyszał. I minęłoby na pewno wiele czasu, nikt ktokolwiek by mnie tu odnalazł. O ile by w ogóle mnie odnalazł. Wędrówki i poszukiwań nie ułatwiały ani ruiny ani zarośla. Od dawna, od bardzo dawna nikt tutaj nie bywał. Musiałem się przedzierać nieustannie uważając, aby nie wpaść w jakąś zapomnianą, zarosła studzienkę kanalizacyjną, albo zawaloną piwniczkę przydomową. Niektóre domki zupełnie zniknęły gdy tymczasem inne skryte w zaroślach ocalały. Pozostało przemykać się ścieżkami utworzonymi przez dzikie zwierzęta. Rzecz w tym, że nie było tu dużych zwierząt. Więc i ścieżki nie były ani duże, a ni wygodne. nie poddawałem się jednak. Szukałem dalej. Choć trochę z duszą na ramieniu. Trochę nerwowo.

P
owoli zaczynałem kojarzyć. Poczęło mi się układać to w jakiś wzór. Hałas i ruch zawsze pojawiały się w określonych okolicznościach. Jakby ktoś lub coś próbowało odciągnąć mnie od pewnego obszaru. Szczególnie trudno dostępnego, bo porośniętego dziką jeżyną i bluszczem. Trzeba się będzie przez to przekarczować. Inaczej się tam nie przedrę. Możliwe, że jest to stare ogrodzenie parku, w centrum którego znajdował się kiedyś poszukiwany przeze mnie Instytut. Może to tutaj, Może to już niedaleko. Może w końcu odnalazłem. Zatem ów ktoś, lub owo tajemnicze coś, co lub kto mnie śledził i próbował odwrócić mą uwagę starał się za wszelką cenę odciągnąć mnie od Instytutu. Ciekawe, ciekawe. Nadzwyczaj ciekawe. Nadzwyczaj podejrzane.

Z
acząłem rozpytywać w miejskiej jadłodajni. Czy ktoś coś słyszał, czy ktoś o czymś wie. Może ktoś coś widział. Może ma jakieś podejrzenia. Może krążą jakieś opowieści, jakieś miejscowe legendy. Cokolwiek, ktokolwiek. Ludzie niechętnie podejmowali temat. Bardzo niechętnie. Odpowiadali półsłówkami. Jedyne, co udało mi się z nich wydobyć i to z nadzwyczaj wielkim trudem, to to że jest tak od bardzo dawna. Że nie tylko ja miałem tam owo dziwne odczucie. A wiec coś rzeczywiście jest na rzeczy. Nie uroiło mi się. To dlatego ów zakątek wydawał się tak opuszczony i nieuczęszczany. Nikt tam nie miał ochoty zaglądać. Luzie jakoś się wzdrygali, gdy pytałem ich o tę okolicę. Uciekali od dalszej rozmowy. Milkli. Zamykali się w sobie.

K
im jest owa tajemnicza postać? Nie bardzo było wiadomo. Poza jednym. Jeśli ktokolwiek odważał się coś na ten temat mówić, wspominał o Tajemniczym Wiewiórze. To mnie zaintrygowało jeszcze bardziej. Czarnoleski Wiewiór strzegący zapomnianych zaginionych ruin Czarnoleskiego instytutu Przyrodniczego? Kim był? Czego chciał? Przed czym bronił? Czego pilnował?

2Z3CUu3D.jpg



Księstwo Sarmacji, Czarnolas, 2014.01.19
Adam Gabriel baronet Grzelązka herbu Opoka
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
2 387,00 lt
Ten artykuł lubią: Paulus Buddus, Markus Arped, Paweł Szermiński, Henryk Leszczyński, Calisto Norvegicus-Chojnacka.
Komentarze
Paulus Buddus
Uwielbiam takie ściany. Naprawdę - jest co poczytać!!
Odpowiedz Permalink
Adam Gabriel Grzelązka
No zastanawiam się, jak dalej pociągnąć narrację. Może jakieś pomysły, podpowiedzi?
Permalink
Simon Peter Liberi
Tajemniczy Wiewiór ma się dobrze, uspokajam starych Sarmatów.
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.