Bunt Mordokłaków

P
ogoda się załamała. Dotychczas czyste niebo pełne radosnego słońca zasnuło się ponurymi chmurami. Wszystko posmutniało. Skądś przywiało zimny wiatr. Wypełzł z jakiejś zapomnianej zimowej szczeliny i dalejże sobie używać. Smagał po zlodowaciałych policzkach. Usztywniał zgrabiałe palce. Wyciskał swym powiewem łzy z oczu.


t7MsiwSw.jpg




N
agle, ni z tego ni z owego, zasłona smutku i ponurości pękała i przebłyskiwały śmiało ostre słoneczne promienie. Powracała odrobina upragnionego ciepła. Jakby nagle wszystko się ożywiało. Nie na długo jednak. Wiatr-krawiec na powrót łatał dziury i okrywał wszystko smutkiem.


J
akby tego było mało, napęczniałe szarością chmury sączyły pojedyncze krople. Bynajmniej padać nie zamierzało. Nie padało. Czasem jednak na nosie, na policzkach, na samochodowej szybie odczuwało się owo denerwujące kap, kap, kap… Tak ni z tego, ni z owego. Bez zapowiedzi. Czasem jedna, czasem kilka. Przerwa. kap. Dłuuuga przerwa. kap. kap, kap, kap. Bez przerwy kilka kropel jedna za druga, jakby w pogoni, jakby stadnie.


N
ic zatem dziwnego, ze stało się to, co stać się kiedyś musiało. Mordokłaki zbuntowały się. Dotychczas z większym lub mniejszym powodzeniem udawało się je okiełznać jeśli nie w klatkach lęgowych, to na arenie gladiatorów. Dawały tam upust swej agresji. Wracały wesolutkie i ochocze do zabawy. Albo ponure i osowiałe w przypadku przegranej. Zawsze jednak zziajane, zmęczone, wymiętolone, bywało i to nierzadko, że zakrwawione, z plackami wyrwanej sierści, połamanymi siekaczami. Niekiedy popadały w szał i rozpacz. Wówczas nie było innego wyjścia jak celny strzał weterynarza. Ze zbuntowanym mordokłakiem nie ma żartów. Piana rzuca mu się z pyska. Oczy zakrwawione tryskają taką nienawiścią, że samo ich napotkania jeży włos na głowie. Lepiej takiemu w paradę nie wchodzić. Lepiej nie mieć tego pecha i zostać z nim sam na sam. Konsekwencje nieuważnych pokazują, że z buntownikiem nie ma żartów. Utracił bowiem wszelkie opory samozachowwcze i idzie taki na całość. Będzie gryzł, szarpał, mordował póki starczy mu sił. Aż padnie. Co jest tego przyczyną, nadal nauka odpowiedzieć nie potrafi. Biologia Mordokłaków jest wciąż bardzo mało znana. Jeszcze mniej jest przewidywalna psychologia ich zachowań.


N
o bo czemu nagle, z dnia na dzień i to wszystkie jak jeden mąż Mordokłaki zbuntowały się i nie wykazują żadnej ochoty do atakowania? Do obrony owszem, jak najbardziej. Wychodzą leniwie na arenę, kręcą się bez celu, bez zaangażowania skaczą na drużynę przeciwną. Ich atakom brak serca, brak impetu. Nie dziwota, że zostają pokonane. Tymczasem te same diabły, w tym samym składzie, lecz postawione na pozycji obrońcy drużyny, zaatakowane, zachowują się z naturalnym sobie sprytem i werwą. Jakby nigdy nic przystępują do kontrataków i z powodzeniem pokonują drużynę atakującą.


T
a mała zagwozdka wywołała dziś sporo zamieszania wśród hodowców i trenerów. Ani kłako-biolodzy ani mordo-psycholodzy nie potrafią podać żadnych przekonywujących hipotez. Czy wpływ na takie zachowanie ma niedawny nów księżyca? Jeśli tak, czemu efekt przyszedł z opóźnieniem? A może to zew wiosny? Jeśli tak, czemu przed czasem? Tym bardziej, że oznaki wyraźnie nadchodzącej wiosny dostrzegamy od ponad miesiąca i obecny stan przyrody nie wydaje się jakoś zdecydowanie odbiegać od tego, co było choćby tydzień, czy dwa temu. Może więc jest to winą pogody? Ta jednak nie złamała się dziś, ale kilka dni temu. A dzisiejszy, choć zdecydowanie chłodny dzionek, nie była ani jakoś wyraźniej pochmurny, ani bardziej mokry niż poprzednie.


W
głowę zachodzą także diabło-dietetycy i zdrajco-seksuolodzy. Skoro bowiem Mordokłaki tak zdecydowanie utraciły zapał do atakowania, winno to w jakiś sposób odbić się na ich pozostałych zachowaniach. Tymczasem agresor-socjolodzy nie dostrzegają różnicy między tym, jak stado zachowywało się jeszcze kilka dni temu, a dzisiaj. Za wyjątkiem ich postawy na arenie. Tam wyraźnie stają się markotne. Zastanawiające, swoją drogą, skąd niby one wiedzą, ze występują tam nie w pozycji obrońcy, lecz odgrywają narzuconą sobie rolę agresora. I czemu niby nagle z dnia na dzień dziś im to najwyraźniej przeszkadza? Jeść jedzą jak jadły. Z zapałem i w dużych ilościach. Na widok klatek rozrodczych stają się przymilne niczym kotki. Cóż, zagadka póki co pozostaje nierozwiązana, a sztab naukowców głowi się nad zaistniałym impasem.


F
enomen Mordokłaków od dawna spędza sen z oczu wielu badaczom. Niemal wszystko, co o nich wiadomo, jest niepewne i nieudokumentowane. Okazuje się, że najwięcej do powiedzenia i najbliżsi obiektywnej prawdy jak dotąd są antropolodzy kłaczków ludowych. Mądrość bowiem ludowa w swych podaniach, klechdach i bajdach zachowała szczątkową wiedzę zarówno o pochodzeniu, jak i zwyczajach tych stworzeń. I choć szerokiemu światu Mordokłaki swe diabelsko zdradzieckie oblicze ukazały dopiero niedawno, najstarsi mieszkańcy Nadziei w swych ustnych tradycjach od niepamiętnych lat przekazują zapomnianą już dzisiaj wiedzę o ich istnieniu i dawnych plagach nawiedzających te okolice w wielce czasach zamierzchłych. Być może ktoś podejmie ów wątek i przeprowadzi dokładniejsze badania kulturowe, a przy okazji odkryje zakodowane w przekazach informacje o zwyczajach tych zadziwiających zwierząt.


N
iektórzy przebąkują, że sposobem wyjścia z zaistniałego impasu i lekarstwem na ogólny marazm jest założenie nowych hodowli i zgłoszenie nowych drużyn do turnieju walk. Że obecne Mordokłaki znudzone są po prostu swoją wzajemną obecnością i łakną świeżej krwi.

Księstwo Sarmacji, Czarnolas, 2014.03.06
Adam Gabriel baronet Grzelązka herbu Opoka
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
2 378,00 lt
Ten artykuł lubią: Młynek Kawowy, Fryderyk von Hohenzollern, Rattus Norvegicus-Chojnacki, Calisto Norvegicus-Chojnacka, Emanuel Śmigło, Karolina Aleksandra.
Komentarze
Calisto Norvegicus-Chojnacka
Mordokłaki pacyfiści - chcą się mnożyć nie walczyć :D
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.