Imbryk Ambasadorów, Młynek Kawowy, 16.10.2014 r. o 08:27
Tłumacząc potwora
Seria wydawnicza: Inne

Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
Tekst został pierwotnie opublikowany w dreamlandzkim "Kurierze" jako część debaty ph. "Przemyśleć mikronacje", która toczy się na jego łamach. Oryginał tutaj. Przedrukowuję tutaj, bo polityka zagraniczna jest dobra, bo jest dobra i zagraniczna, a zdaję sobie sprawę, że nie każdy czyta "Kuriera".

Z zainteresowaniem przeczytałem na łamach „Kuriera” głosy donów Witta, Viktorjosigosa i Swarzewskiego. Pomimo tego, że wraz ze śmiercią Eskwilinii straciłem kontakt z polityką Vaarlandu i Orientyki (a z polityką nordacką kontaktu nie miałem nigdy i mieć nie chcę), być może uda mi się dopisać przyczynek do dyskusji o stanie dyplomacji. Z punktu widzenia kogoś, kto dyplomację obserwuje z pozycji tego izolacjonistycznego potwora – Sarmacji.

Jaśnie Oświecona Karolina von Lichtenstein, kanclerz Księstwa po raz umpnasty, opublikowała w ubiegły wtorek wyniki sondy, w której SOBOS pytał Sarmatów: „Czy uważasz, że polityka zagraniczna jest nam potrzebna?”. Dwadzieścia siedem z czterdziestu jeden ankietowanych odpowiedziało twierdząco. Nieźle jak na kraj „biernego izolacjonizmu”, prawda?

Życie w Księstwie Sarmacji jest dość absorbujące. W najaktywniejszych okresach bywa trudne lub niemożliwe śledzenie go w całości, nawet jeśli odwiedza się Forum Centralne codziennie. (Wyjątek stanowi JKW Helwetyk Romański, który wie wszystko i zawsze.) Jest to podstawowym powodem, dla którego dyplomatycznie Sarmacja niemal nie istnieje. Minister spraw zagranicznych wypełniający swoje zadania efektywnie byłby skazany na to, że omija go życie Sarmacji, skoro prócz Forum Centralnego śledzić musi jeszcze pewną ilość innych. Jak można się domyślić, kandydatów na dyplomatów nie ma wobec tego wielu, czego przyczynę podam niżej. Przydawanie ministrowi do pomocy wiceministrów i ambasadorów byłoby eksportem własnej aktywności za granicę. Bez sensu.

Innym powodem obecnego stanu rzeczy jest podskórne przekonanie Sarmatów, że za granicą nie ma nic wystarczająco ciekawego, żeby się tam fatygować. Dysponuję porównaniem: żyłem w małej mikronacji, teraz żyję w największej. Mogę powiedzieć: nie jest to przekonanie pozbawione podstaw. W stwierdzeniu tym nie ma ani arogancji, ani deprecjonowania pozostałych mikronacji. Po prostu Sarmacja jest w stanie (jeszcze) zapewnić swoim obywatelom wszystkie rozrywki właściwe dla państw wirtualnych. Nawet dyplomację Sarmata może uprawiać nie wyjeżdżając z kraju, ze względu na żywe i nad wyraz często antagonistyczne relacje pomiędzy poszczególnymi samorządami oraz między samorządami a centralą.

W tej sytuacji nie można się dziwić, że mimo ogólnego zainteresowania polityką zagraniczną, podejmuje się na tym polu niewiele działań. Sarmata nie musi szukać bodźców za granicą, podczas gdy – w mojej ocenie – to jest główny motor dyplomacji państw wirtualnych. Za życia nieboszczki Eskwilinii, było dla mnie oczywiste, że po przejrzeniu jej forum, zaglądam na fora międzynarodowe (kiedy jeszcze istniały), a potem na fora państw obcych. Dysponowałem wówczas większą ilością czasu przeznaczanego na mikronacje, a Eskwilinia zapełniała tylko jego część. To naturalne, że po załatwieniu spraw krajowych, szukałem nowego zajęcia, a znajdowałem je za granicą. Myślę, że było tak nie tylko ze mną; jest to ważny mechanizm aktywizujący politykę miedzynarodową. Tymczasem – jak powiedziałem – Sarmata nie działa według tego schematu. Sytuacja, w której musiałby szukać zajęcia poza własnym krajem, nie zdarza się.

Równocześnie zazdrościmy mniejszym mikronacjom. Sarmacja jest… uporządkowana. Stabilna. Raczej konserwatywna. Bywa, że do bólu technokatyczna. Ewentualne wstrząsy mają charakter czysto destrukcyjny i nie stanowią urozmaicenia, tylko społeczną, towarzyską i polityczną katastrofę – vide: abdykacja JKW Khanda i zdarzenia jej towarzyszące. Wiadomo, że sejm nie uchwali niczego bardziej szalonego od drakońskich wymogów aktywności wobec urzędników, co jest – przyznać trzeba – umiarkowanie pasjonujące, chyba że ktoś jest Teutończykiem.

A inne mikronacje są tak pełne życia, nawet jeśli czasem budzi ono ambiwalentne odczucia. Tutaj – masoński spisek przeciwko patriarsze. Ówdzie – narracyjna wojna z użyciem broni masowego rażenia. Gdzie indziej – ślub pary monarszej. Sprawy zupełnie nieporównywalne (w tym sensie, że fajniejsze i bardziej zajmujące) od dyskusji na temat dopuszczalności wulgaryzmów w przestrzeni publicznej.

Kilka miesięcy temu JKM Piotr Paweł, gospodarz trwającego szczytu w Angemoncie, rzucił sugestię ponownego zjednoczenia Hasselandu z Sarmacją. Miałby się on – Hasseland – stać trzecim członem Gellonii i Starosarmacji (powstałaby wówczas prowincja lub kraj Korony o wdzięcznym skrócie SGH). Sprawę potraktowano poważnie, zaangażował się nie tylko rząd, ale także Jego Książeco-Królewska Mość i szereg osób prywatnych.

Jak łatwo się domyślić, sprawa spełzła na niczym. Dał się tu we znaki zły image Sarmacji, która już na samym wstępie oskarżona została o imperializm, arogancję etc. etc. etc. Co z tego wynika dla mojego wywodu?

Takie zdarzenia podkopują przekonanie Sarmatów, że warto prowadzić jakiekolwiek rozmowy dyplomatyczne. Nie jesteśmy imperium, przynajmniej nie w sensie politycznym. Ale kiedy oferujemy deal, chcielibyśmy, aby traktowano nas poważnie i stosownie do specyfiki naszego kraju, także w odniesieniu do populacji. Kiedy mowa o dealu najpoważniejszym, czyli o unii, jest to tym ważniejsze. Oskarżenia o imperializm świadczą raczej o oskarżającym, niż o KS, stoją zresztą w sprzeczności z zarzutem izolacjonizmu. Sarmacja na polu dyplomacji nic nie musi, toteż zazwyczaj po prostu jej się nie chce. Ale kiedy zadajemy sobie trud, wychodząc z najbardziej rzeczową propozycją, zazwyczaj kończy się to tak samo lub podobnie, co w przypadku Hasselandu. To zniechęca i każe się zastanawiać: kto tu właściwie jest izolacjonistą?

Sarmacja angażowałaby się w politykę międzynarodową częściej i chętniej, gdyby istniało przekonanie, że może z tego wyniknąć coś trwałego. Że nie będzie to czysta narracja, lepszy lub gorszy roleplaying, jakim jest np. – z całym szacunkiem dla organizatorów i uczestników – szczyt w Angemoncie. Zarówno Swarzewski, jak i Viktorjosigos rozumują podobnie do mnie. Nie ma żadnych przeciwwskazań dla łączenia się państw; to może być nowy rozdział wyludniającego się w Pollinu.

Podczas feralnych rozmów nt. powstania SGH Gauleiter Kakulski bardzo trafnie porównał Księstwo Sarmacji do Stanów Zjednoczonych Ameryki Realnej. Dokładnego cytatu nie udało mi się znaleźć; jego sens był następujący: Sarmacja stanowi wspólnotę wspólnot, która przyjmie każdego razem z jego narodowością, kulturą, dorobkiem, nie tylko pozwalając na ich zachowanie, lecz również ułatwiając ich rozwinięcie.

Możliwe, że to prawda. Sarmacja przypomina USA sprzed I wojny światowej. Musi zdarzyć się coś naprawdę dużego, żeby skłonić nas do porzucenia odosobnienia.
Dotacje
0,00 lt
Nikt jeszcze nie zasponsorował tego artykułu.
Serduszka
12 767,00 lt
Ten artykuł lubią: Siergiusz Asketil, Karolina Aleksandra, Avril von Levengothon, Yutte Pónkrokk, Adunaphel Kovall, Alfred, Henryk Leszczyński, Krzysztof Kura, Aleksander Damian von Thorn-Chojnacki, Adam Jerzy Piastowski, Krzysztof Czuguł-Chan, Fryderyk von Hohenzollern, Ivan von Lichtenstein, John Rasmusen, Ignacy Urban de Ruth, Marek von Thorn-Chojnacki, Mateusz von Lichtenstein-Iontz, Michał Kowalewski, Vladimir ik Lihtenštán, Krzysztof St. M. Kwazi, Calisto Norvegicus-Chojnacka, Michał Pséftis.
Komentarze
Henryk Leszczyński
bardzo fajny tekst, tantiemka. choć sam poszedłbym dalej: tak, sarmacja jest mocarstwem. nieco wsobnym, ale jednak.
Odpowiedz Permalink
Krzysztof Czuguł-Chan
Nie da się ukryć, że Sarmacja jest zła, gdyż jest zła, bo jest zła. To całkowicie naturalne podejście.
Odpowiedz Permalink
Laurẽt Gedeon I
Cytuję:
Nie da się ukryć, że Sarmacja jest zła, gdyż jest zła, bo jest zła. To całkowicie naturalne podejście.

Przemawia do mnie ten tok rozumowania. Popieram i zgłaszam na cytat miesiąca!
Odpowiedz Permalink
Krzysztof Czuguł-Chan
To tak trochę żartem pisane, ale faktem jest, że Sarmacja jest zawsze na przegranej pozycji, bo olewając politykę zagraniczną - poddaje się "biernej izolacji", a próbując ją prowadzić - karmi swoje imperialistyczne zapędy.
Odpowiedz Permalink
Fryderyk von Hohenzollern
Tantiema się należy, bardzo ciekawy tekst. Zgadzam się ogólnie z treścią powyższej publikacji. Choć nie ukrywam że przydała by się bardziej otwarta dyplomacja nawet w sensie stricte narracyjnym.
Odpowiedz Permalink
Marek von Thorn-Chojnacki
Fajnie wyszło, miło poczytać.
Odpowiedz Permalink
Mateusz von Lichtenstein-Iontz
W przypadku otwarcia polityki zagranicznej nie powinniśmy marnować sił na próbę utrzymania placówek dyplomatycznych w wielu państwach. To nigdy nie działało zbyt dobrze. Zdecydowanie lepiej byłoby wybrać 1-3 krajów, gdzie stereotyp złej Sarmacji jeszcze się nie utrwalił i spróbować utrzymać przyjacielskie stosunki.

A bieżące śledzenie forów dwóch aktywnych mikronacji moim zdaniem nawet nie powinno być możliwe. Dostarczanie streszczeń i opisywanie wydarzeń na świecie jest rolą prasy. Wystarczy, żeby fora śledzili ambasadorzy, nie musi tego robić każdy Sarmata.

Poza tym słuszna analiza.
Permalink
Defloriusz Dyman Wander
Jestem goracym zwolennikiem SGH! Mozna by wprowadzic podzial terytorialny na Wydzialy i Katedry.
Odpowiedz Permalink
Krzysztof St. M. Kwazi
...oraz Instytuty i Samodzielne Zakłady.
Odpowiedz Permalink
Albert Felimi-Liderski
Wspaniały artykuł! Niech mikroświat kwitnie i istnieje na wieki! Polecam.
Odpowiedz Permalink
Krzysztof St. M. Kwazi
Młynek Kawowy
Sarmacja jest… Bywa, że do bólu technokatyczna.
Bywało - dawno temu.
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.