Głos Sclavinii, Karolina Aleksandra, 17.05.2015 r. o 18:19
Niedziela z… Siergiuszem Asketilem [#17]
Seria wydawnicza: Niedziela z…

Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
82OyQZ5z.png

Kolejną niedzielę spędziliśmy w samolocie linii DiukAir relacji Almera-Srebrny Róg. Biorąc pod uwagę, że naszym rozmówcą był Kanclerz Księstwa, którego tryb życia z racji piastowanego stanowiska, jest dosyć zajęty, nie powinno to dziwić. Niemniej, znalazł on czas, aby poopowiadać nam o dreamlandzkiej pracowitości, różnicach między Sarmacją a Dreamlandem i trochę też o sobie. Przed państwem Siergiusz baronet Asketil.

Głos Sclavinii: Urodzony w Dreamlandzie, swojego czasu działający na dworach całego mikroświata, mieszkający obecnie w Almerze, posiadający tytuły zarówno dreamlandzkie, jak i sarmackie. Siergiusz Asketil czuje się Dreamlandczykiem, Baridajczykiem czy może nawet Sarmatą?

Siergiusz Asketil: Nie da się przewidzieć tego, w jaki sposób pokieruje nami los. To bez znaczenia, czy jest to życie realne, czy też wirtualne — na naszej drodze pojawiają się różne przeszkody, które wymuszają podjęcie zmian w dotychczasowych planach. Zmiana mojego miejsca zamieszkania była podyktowana wieloma czynnikami, przede wszystkim tymi negatywnymi. Swój czas spędzony w Królestwie Dreamlandu wspominam jednak pozytywnie. Była to wielka przygoda, która choć miała swój kres, wiele mnie nauczyła. Nie mogę zatem wyrzec się tego, że jestem Dreamlandczykiem — to tam się wychowałem, cieszyłem się z pierwszych sukcesów, poznałem pierwszych mikronacyjnych przyjaciół. Z pogardą patrzę na osoby, które nie przyznają się do miejsca rozpoczęcia swojej zabawy w państwa wirtualne.

Czuję się również dumnym Sarmatą. Choć obywatelstwo Księstwa uzyskałem dopiero w połowie 2014 roku, to wcześniej w sposób regularny uczestniczyłem w tutejszym życiu społecznym. Angażowałem się w niektóre inicjatywy, poznawałem mieszkańców za pośrednictwem kanału IRC. Z czasem, kiedy otrzymałem wysokie posady w Dreamlandzie, starałem się pogłębiać współpracę z Księstwem na poziomie międzypaństwowym. W pewnym momencie granica narodowościowa nieco się zatarła. Decydujący wpływ miały na to tajemnicze spotkania w Ciuad de Bravo (śmiech), co ostatecznie skutowało złożeniem wniosku o obywatelstwo. Dzisiaj nie muszę już chyba udowadniać, że dobro Księstwa jest dla mnie szczególnie ważne.

Nie czuję się jednak Baridajczykiem w powszechnym rozumowaniu, jakie propaguje chociażby Jego Królewska Wysokość Markus Arped. Nie interesują mnie przykładowo zbędne przepychanki w temacie tego, czy jesteśmy ważniejsi od innych samorządów, ponieważ mamy status Kraju Korony, czy też nie. Staram się, na miarę swoich możliwości, działać na korzyść Królestwa, jednak jestem bardziej Sarmatą niż Baridajczykiem.

GS: Warto było przeprowadzać się z Dreamlandu do Sarmacji? W końcu był tam Sławetny Premierem i miał dobrą pozycję, a w Sarmacji trzeba było zaczynać prawie od nowa.

SA: Dreamland zawsze cechował się niższym poziomem aktywności, mniejszą ilością obywateli, a także prymitywniejszym systemem gospodarczym. Na początku nie sprawiało mi to większego problemu, czerpałem radość z tego, że małymi kroczkami dążymy w kierunku zmian na lepsze. Niestety, w sierpniu 2014 roku zaistniała bardzo interesująca sytuacja, kiedy ówczesny Premier Rządu Królewskiego Paul von Panevnick zbulwersował się na wieść, że ktokolwiek raczył zwrócić uwagę na jego nieaktywność. Niezapowiedziane zniknięcia, czasem na cały tydzień, a także opieszałość w wykonywaniu podstawowych czynności były na porządku dziennym.

Część mieszkańców postanowiła zaprotestować wobec takiemu braku szacunku do obywateli dreamlandzkich, a także zainicjować plan przejęcia władzy. Razem z moim v-synem Martinem Schlesingerem-Asketilem przewodziliśmy temu ruchowi, jednak zrezygnowaliśmy, gdy okazało się, że po stronie Premiera stanęła spora część elity, tzw. klika zjazdowa. Nie mieliśmy czasu, ani chęci, aby użerać się z osobami, którym było wszystko jedno. Odepchnęli od siebie jakąkolwiek aktywność, co przełożyło się na kryzys w kolejnych miesiącach, trwający również dzisiaj. Długo byłoby o tym opowiadać, bo po drodze wydarzyło się jeszcze parę innych perypetii, jednak skutkiem tego protestu był koniec naszej dreamlandzkiej kariery oraz emigracja do Sarmacji.

Nie żałuję przeprowadzki. Wreszcie miałem okazję, aby wykorzystać swoją wiedzę i umiejętności do tworzenia czegoś sensownego, natomiast moja wcześniejsza aktywność na poziomie społecznym zaowocowała tym, że byłem rozpoznawalny i dość łatwo rozpocząłem nową ścieżkę v-życia.

GS: Biorąc pod uwagę, że Sarmaci lubią się zjazdować, myślę, że będą ciekawi, czym jest klika zjazdowa…

SA: Zjazdy dreamlandzkie różnią się od sarmackich tym, że mają zdecydowanie większe odzwierciedlenie w życiu wirtualnym. Niemalże wszyscy Dreamlandczycy znają się z „reala”. Często są to silne powiązania, co w sposób naturalny wpływa na ich wirtualne postępowanie. Zważywszy na to, że Dreamland — nawet w okresie mojej aktywności — miał małą liczbę mieszkańców, to wspomniana klika odgrywała stosunkowo dużą rolę. Tak było również w przypadku przytoczonego konfliktu, kiedy spora część zjazdowiczów bezinteresowanie stawiła się po stronie Premiera Panevnicka, a później tej decyzji żałowali.

Choć zjazdy w Księstwie są rzeczą częstszą, tak trudno zaobserwować tutaj podobne zjawisko. Ma na to wpływ mnogość różnych poglądów, przynależność do poszczególnych frakcji, a przede wszystkim zupełnie odmienna mentalność, czego inne nacje powinny nam zazdrościć.

GS: Zupełnie odmienna mentalność?

SA: Sarmacja ma wyjątkowy klimat, którego brakuje innym mikronacjom. Działalność w Księstwie ma zazwyczaj charakter luźny, jednak efekty pracy są jak najbardziej poważne. Potrafimy ponadto docenić to, co stworzył ktoś inny, czerpiąc z tego dodatkową radość. Sarmaci nie są sztywni, czego nie można powiedzieć przykładowo o Dreamlandczykach, których porównuję w tym wywiadzie trochę zbyt często (śmiech).

Zawsze denerwowało mnie jednak to, że zwracano się tam do mnie per Wasza Ekscelencjo. Jest to zwrot, który powinien być wykorzystywany wyłącznie w stosunku do zagranicznych dyplomatów, a nie obywatela tego samego państwa. Dlatego cieszę się, że choć w Sarmacji niektóre osoby uznają tego typu zwroty za swoisty obowiązek, to stosują ich lokalne odpowiedniki, co tworzy dodatkowe smaczki.
Warto również podkreślić niebywały ewenement, że Sarmaci dobrze znają się nawzajem. Aktualnie istnieje doprawdy mało mikronacji, które potrafią prowadzić tak swobodne konwersacje jak my. Większość państw wirtualnych ogranicza wynazalek, jakim jest IRC, wyłącznie do uroczystego obchodzenia świat, co znacząco ich ogranicza. Powinniśmy być dumni z tego, że nie jesteśmy ograniczani przez samych siebie.

GS: Od czasu przybycia do Sarmacji, wykazuje się Sławetny aktywnością na wielu polach. Sport, samorządy, Kanclerstwo… Co najbardziej Sławetny lubi robić w Księstwie i dlaczego?

SA: To bardzo dobre pytanie, na które nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Każda czynność, jaką podjąłem się w Księstwie Sarmacji, przyniosła mi niebywałą frajdę i zadowolenie. Przede wszystkim pielęgnuję jednak obowiązki, które dane mi były jako pierwsze — uwielbiam zajmować się sprawami związanymi z Prefekturą, a także tymi lokalnymi, dotyczącymi Królewskiego Miasta Almery. Dlaczego? Puszkowanie ludzi, a następnie słuchanie ich płaczu zza krat jest czymś fascynującym. Uważam nawet, że można to nazwać drobną perwersją. Natomiast samorząd lokalny, na poziomie miejskim, daje największe możliwości samorealizacji.

Czasem zastanawiam się, czy nie powinienem z części swoich zajęć po prostu zrezygnować i skupić całą energię na tym, co jest dla mnie najważniejsze. Jestem jednak, a przynajmniej staram się być, perfekcjonistą, przez co często denerwuję się z powodu tego, że ktoś wykonał daną czynność w sposób niedokładny. Dlatego przeważnie polegam na sobie, gdyż w przypadku niepowodzenia skrytykuję co najwyżej samego siebie.

GS: No właśnie, niepowodzenia, perfekcjonizm… Krytykuje Sławetny innych za ich aktywność. W świecie, gdzie wszystkie działania są dobrowolne, jest sens używać przymusu i krytyki, aby zachęcić do ich wykonywania?

SA: Uważam, że podjęcie się jakiejkolwiek pracy jest jednoznaczne z akceptacją pewnych zasad. Jawnie krytykuję osoby, które się leniwią, ponieważ ich niechęć do realizacji planów odbija się w sposób negatywny na całym otoczeniu. Niedopuszczalnym jest, aby nieaktywny urzędnik w dalszym ciągu pełnił swoją funkcję. Wypaliliśmy się — zwalniamy miejsce innym, mamy ciężką sytuacją realną — szukamy zastępstwa lub składamy dymisję. Są to elementarne zasady, które powinny dotyczyć każdego. Bez wyjątku.

Jeżeli natomiast ktoś woli utrzymać swoją posadę, ponieważ gwarantuje mu to pewne korzyści, to powinien wylecieć z hukiem, który usłyszy cała Sarmacja. Jeżeli przestalibyśmy upominać urzędników o ich obowiązki, to szybko przeinaczylibyśmy się w drugi Dreamland, gdzie grzeczne zwrócenie uwagi kończy się wielkim bulwersem, wręcz skandalem. Bądźmy więc dumni ze swoich dokonań i nie niszczmy tego, co dotychczas stworzyliśmy.

GS: Z drugiej strony, jakie korzyści w mikronacjach można mieć z piastowania stanowiska?

SA: Chodzi przede wszystkim o prestiż. Każdy z nas chciałby być zauważony, a następnie stosownie doceniony. Jeżeli zrealizujemy jakieś zadanie, co często wiąże się z piastowaniem mniej lub bardziej ważnego stanowiska, nasze ego jest na jakiś czas zaspokojone, a maszynka kręci się dalej. Są też osoby, które lubią mieć bogate CV — pozdrawiam Sclavińczyków — lub realizują dłuższy plan, mogący być związany na przykład z przejęciem władzy.

Postacie, które okupują swoje stołki w imię „zgody i bezpieczeństwa” czerpią natomiast wielkie korzyści z pensji oraz zachowanego statusu społecznego. Trzeba bowiem przyznać, że tytuły, takie jak na przykład król, wicekról, premier lub minister, znacząco oddziałują na postrzeganie danej osoby.

GS: Prestiż, docenienie… To wszystko to niejako rzeczy ulotne, czasami mające znaczenie tylko w mikronacjach…

SA: Oczywiście, że mające znaczenie tylko w mikronacjach! Pod tym względem państwa wirtualne w małym stopniu różnią się od typowych gier przeglądarkowych, gdzie należy klikać raz na jakiś czas, aby zebrać grzybki, skosić trawę lub przywalić jakiemuś zbójowi. Czy tamto również nie jest ulotne? Nasza społeczność wyróżnia się jednak tym, że poważne działania zapadają w pamięć niektórych uczestników życia społecznego.

Otwiera to nowe możliwości, jeszcze bardziej zaspokające naszą wewnętrzną potrzebę realizacji. Mikronacje mają także to do siebie, że kształcą, co widzę również po sobie. To tutaj rozwinąłem swoje umiejętności, które w przeszłości były dla mnie czymś nieokiełznanym, a także poznałem nowe zdolności, będące we mnie głęboko ukryte. Mikroświat jest zatem wielką zabawą z równie dużymi korzyściami, jednak aby ich zaczerpnąć, najpierw musimy zostać przez kogoś docenieni.

GS: Docenianie to ciężki orzech do zgryzienia. Chwalenie dla zachęcenia czy nadmierna krytyka to zjawiska dosyć często występujące w Sarmacji. Z jednej strony, nie możemy być puchatym i misiaczkowym rajem, a z drugiej, po co się bawić w coś, skoro spadają na nas gromy krytyki?

SA: Wszystko ma swoje granice. Każdy, na początku swojej mikronacyjnej drogi powinien być zachęcany i doceniany, to rzecz naturalna. Po pewnym czasie znika taryfa ulgowa, a dana osoba musi podjąć starania w celu zaistnienia bez większego wsparcia z zewnątrz. Jeżeli popełnia karygodne błędy, które mogą wpłynąć na innych mieszkańców, to krytyka jest niezbędna. Sam również byłem wielokrotnie krytykowany, zazwyczaj starałem się wyciągać z tego wnioski. Nie jest to z pewnością nic miłego, ale nie jesteśmy wspomnianym misiaczkowym rajem, tylko symulacją brudnej rzeczywistości.

Czasem zatracamy się w chęci zdobycia jak największej ilości mieszkańców, próbując przyciągnąć do siebie również tych, którzy do nas nie pasują. Dlatego nigdy nie byłem zwolennikiem przywiązywania się do osób, które z góry wiadomo, że nie dostosują się do panujących zasad. Państwa wirtualne nie są zabawą dla każdego, a przede wszystkim nie dla tych, których boli nadmierna krytyka.

GS: Nie każdy jest odporny na krytykę. A ktoś, kto na początku nie wykazuje chęci dostosowania się do zasad, potem może być diukiem. Czym w ogóle są zasady w Sarmacji?

SA: W trakcie mojego wirtualnego żywota miałem okazję spotkać osoby, które na pewno nie zostałyby diukami. Doprecyzuję, że pierwszą zasadą jest zawsze sprawne wyrażanie własnych myśli. Ktoś, kto nie posiada takiej umiejętności, jest problemem dla całej społeczności, przez co nie powinniśmy go przyciągać na siłę. Przyznam, że jest to temat dość kontrowersyjny, wobec czego większość osób woli tego unikać — ja mówię o tym głośno, ponieważ czystość miejsc publicznych oraz jakość wypowiedzi poszczególnych mieszkańców znacząco wpływa na możliwości prowadzenia kampanii reklamowej oraz przyciągania wartościowych ludzi. W przypadku innych zasad zawsze można znaleźć jakieś alternatywne wyjście z sytuacji, a przy tej — nie.

GS: Osobom, które nie potrafią jasno wyrażać swoich myśli, dysortografom i dyslektykom dziękujemy?

SA: Nie do końca. Bywają ludzie, którzy choć mają tego typu problemy, to przejawiają chęć dostosowania się do zasad społecznych. Takie osoby powinny być jak najbardziej mile widziane, a pozostali reprezentanci społeczeństwa zmuszeni byliby do większej wyrozumiałości. Jeżeli jednak dana osoba celowo nie zmienia swojego zachowania, choć zwracano jej uwagę, to powinna być z góry skreślona.

GS: Ale przez zachowanie ma Sławetny na myśli nie tylko nieumiejętność składania myśli, prawda…?

SA: Wydaje mi się, że nie powinniśmy dążyć do usuwania danych osób z uwagi na niespełnienie pewnych kryteriów. Bywają różne przypadki, czasem znacząco denerwujące. Jeżeli jednak ktoś potrafi wyrazić własne myśli, dokłada coś do naszej wielkiej zabawy, to powinna być dana mu szansa. Jeżeli nie zostanie wykorzystana, są inne możliwości. Pomijając, rzecz jasna, zwykłych trolli pokroju Pawła Zanika. Tutaj reakcja powinna być natychmiastowa.

GS: Ostatnio w Sejmie pełno debat na temat cudzoziemców, byłych obywateli i ich wydalania z Księstwa. Jak się odnosi do nich Sławetny?

SA: Nie podzielam tego paradoidalnego strachu, które prezentuje Stronnictwo Federalne. Ba, powiem wprost, że omijam wiele wypowiedzi, ponieważ nawiązania do sytuacji, które wydarzyły się jakieś dziesięć lat temu przyprawiają mnie o mdłości. Niektórzy zapomnieli, że mamy 2015 rok i jasne procedury, zarówno wydalania cudzoziemców, jak i powrotu delikwentów. Nie wiem co poprzez te zmiany chce ugrać Stronnictwo Federalne, jednak zawsze będę stał na przeszkodzie realizacji tak idiotycznych pomysłów. Szczególnie, jeżeli chodzi o powrót osób, które wiele w Sarmacji namieszały.

GS: No cóż, o to jeszcze będzie batalia w Sejmie. Natomiast my przejdźmy dalej. Jak to jest być Prefektem Generalnym? Większość osób tej funkcji nie zazdrości.

SA: Kiedy obejmowałem to stanowisko, za rządów Kanclerza Bryenniosa, miałem wielkie obawy. Później nasiliły się jeszcze bardziej, kiedy popełniłem sporo kompromitujących gaf. Byłem o krok od złożenia dymisji, od której w ostatniej chwili odciągnął mnie Jego Książeca Mość, dając drugą szansę, która — w kontekście poprzednich pytań — należy się każdemu. Wyciągnąłem stosowne wnioski i naniosłem poprawkę na swoje dalsze decyzje.
Nie jest to praca prosta, ale dostarczająca wiele pozytywnych emocji. Jeżeli ktoś uważa, że naszym jedynym obowiązek jest niszczenie rzyć niewinnych ludzi, to jest w błędzie. Nasze obowiązki zazwyczaj kierują się ku współpracy z mieszkańcami, nierzadko nawet w tak błahych sprawach, jak edycja artykułu lub wypowiedzi, poprawa jakichś literówek. Każdy prefekt dba zatem zarówno o porządek, jak i zadowolenie społeczeństwa. To, że lubimy puszkować niewinne osóbki, to już inna sprawa.

GS: Kiedyś zastanawiano się nad sensem istnienia funkcji Prefekta…

SA: Jeżeli jakiś organ jest nieaktywny, to powinien zostać usunięty. Nie przypominam sobie, aby podobne dyskusje odbywały się w trakcie mojego pobytu w Sarmacji, wobec czego nie ustosunkuję się do nich. Przypuszczam jednak, że chodziło właśnie o to — aktywność, która dziś jest obecna w naszych strukturach. Mamy trzech prefektów, którzy bacznie obserwują miejsca publiczne pod kątem łamania prawa. Służymy również wspomnianą wcześniej pomocą, jesteśmy do usług praktycznie o każdej porze dnia i nocy. Jeżeli ktokolwiek w dalszym ciągu ma wątpliwości co do sensu istnienia funkcji Prefekta, to proszę dać znać — przekonamy go do naszych racji.

GS: Chodziło głównie nie tyle o aktywność, co o egzekwowanie surowego prawa i — według niektórych — nadmierne karanie.

SA: Kary są dobre, bo wspierają budżet Rady Ministrów. Każdy dobry obywatel powinien być karany przynajmniej raz na kwartał. Swoją drogą, nie wydaje mi się, aby Prefektura za mojej kadencji nadmiernie karała złoczyńców. Miałem okazję zobaczyć wyłącznie jedno odwołanie od naszych decyzji, które i tak zostało odrzucone w postępowaniu przed Trybunałem Koronnym. Wydaliliśmy zatem parę osób, czasem kogoś zamknęliśmy i powyżywaliśmy się nad nim w więzieniu w Republice Scholandzkiej, ale to chyba nic złego? Wszystko w imię prawa!

GS: W imię prawa! I w imię prawa powoli kończymy tę rozmowę. Kto następny do przemaglowania?

SA: Jakiś czas temu konkurencyjna redakcja organizowała ankietę, gdzie można było wybrać kolejnego rozmówcę. Mój typ zdobył jednak mało głosów, no i rzecz jasna nie przeprowadzono z nim wywiadu. Dziś więc naprawiam ten błąd i wskazuję… Marka diuka Chojnackiego! Ach, jak często był na moim celowniku…

GS: Och, to będzie ciekawa rozmowa. A teraz czas na pozdrowienia, całuski i takie tam.

SA: Pozdrawiam tatusia Steda, synusia Martina, a także wszystkich tych, którzy uznają politykę #PodejmijWyzwanie za słuszną. Ku chwale propagandy!
Serduszka
12 802,00 lt
Ten artykuł lubią: Orjon Surma, Daniel January von Tauer-Krak, Helwetyk Romański, Ławica Żubrów, Henryk Leszczyński, Andrzej Fryderyk, Młynek Kawowy, Alfred, Vladimir ik Lihtenštán, Markus Arped, GdL, Juliette Altrimenti, Laurẽt Gedeon I, Adam Jerzy Piastowski, Zoara Schlesinger-Asketil, Yennefer von Witcher, Zbyszko Gustolúpulo, Jack von Horn.
Komentarze
Helwetyk Romański
Cytuję:
Doprecyzuję, że pierwszą zasadą jest zawsze sprawne wyrażanie własnych myśli. Ktoś, kto nie posiada takiej umiejętności, jest problemem dla całego społeczności. […] Jeżeli ktoś uważa, że naszym jedynym obowiązek jest niszczenie rzyć niewinnych ludzi, to jest w błędzie.
SPFJ nie aprobuje powyższych wypowiedzi.
Odpowiedz Permalink
Siergiusz Asketil
Phi. Wypowiedź była konsultowana z SPFJ(p). Nie zgłaszano zastrzeżeń! :x
Odpowiedz Permalink
Adi Alatristé
Cytuję:
Nie czuję się jednak Baridajczykiem w powszechnym rozumowaniu, jakie propaguje chociażby Jego Królewska Wysokość Markus Arped. Nie interesują mnie przykładowo zbędne przepychanki w temacie tego, czy jesteśmy ważniejsi od innych samorządów, ponieważ mamy status Kraju Korony, czy też nie. Staram się, na miarę swoich możliwości, działać na korzyść Królestwa, jednak jestem bardziej Sarmatą niż Baridajczykiem.

Przecież to podstawa baridajskiego monarchofaszyzmu...
Odpowiedz Permalink
Sereus von Ahabejż
Cytuję:
Przecież to podstawa baridajskiego monarchofaszyzmu...
Baridajskość nie musi oznaczać monarchofaszyzmu, że tak dodam.
Odpowiedz Permalink
Ignacy Urban de Ruth
Musi. Baridaski monarchofaszyzm i krajkoronny szowinizm to podstawa, fundament. To kamien wegielny odrzucony przez budujacych prowincje.
Odpowiedz Permalink
Adunaphel Kovall
Kolejny ciekawy wywiad (ściana tekstu to lubię) :D
Odpowiedz Permalink
Ivan von Lichtenstein
FLejm!
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.