Kryptonim „Peregrinus”, cz. 2.

Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
Poprzedni odcinek: Kryptonim „Peregrinus”, cz. 1.

Krople deszczu powoli zraszały moje czoło. Powiewające na wietrze włosy mierzwiły się niemiłosiernie. Pogoda stawała się coraz bardziej melancholijna. Muszę przyznać, że właśnie w takiej aurze czułem się najbardziej komfortowo. Podczas gdy inni ludzie próbowali skryć się przed nadciągającą burzą, ja oddawałem się błogostanowi obserwacji. W moim fachu obserwowanie innych, wysnuwanie wniosków i ocen to podstawa. Można by uznać, że bez smykałki do dyskretnej inwigilacji nie można stać się dobrym w mojej branży. A ja naprawdę lubuję się w tym cudownym, emocjonującym zajęciu.

Hotel, w którym miałem się zatrzymać znajdował się niemalże w centrum miasta. Nigdy nie zabiegałem o dyskretne kryjówki. Pamiętać należy, że najciemniej jest zwykle pod latarnią i aby osiągnąć sukces nie tyle należy się ukrywać, co stworzyć złudzenie, że nie warto cię szukać. Co prawda macki prefekta Surmy sięgały daleko poza granice miasta, ale też nie były to macki na tyle wprawne by opleść właściwą ofiarę. Szef staro sarmackiej bezpieki to świeżynka, by nie powiedzieć żółtodziób. Nie spodziewam się z jego strony żadnego bardziej znaczącego zagrożenia, ale też i nie mam zamiaru go nie doceniać.

Idąc wzdłuż głównej ulicy miasta mijałem kolejne nowe lokale. Nowiuteńkie szyldy jasno wskazywały na to, że prowincja jakby odżyła. Tym lepiej dla mnie. W tym momencie uśmiechnąłem się dyskretnie, w myślach przywołując wspomnienie Feru jeszcze sprzed kilku miesięcy. Wówczas miasto było niemalże wymarłe. Ulice świeciły wieczorami pustaki, a i w środku dnia ciężko było o większy tłum.

Mijając dębową ławeczkę skierowałem swój wzrok stronę krzyczącej kobiety, stojącej przed wejściem do zabytkowej kamienicy.

– Na diuków, zostawcie go wy bydlaki! – krzyczała najmocniej jak potrafiła. – On nic wam nie zrobił!

– Cisza – odburczał szpakowaty mężczyzna, podczas gdy dwóch rosłych jegomościów pałowało starszego pana z wyraźnie zarysowaną siwizną.

Przyśpieszyłem kroku. Cóż, nie wszystkim widać powodzi się tak radośnie jak podaje lokalna prasa. Zapewne to kolejny „prywaciarz”, któremu nie spodobał się pomysł uspołecznienia miasta. Krzyki jakby narastały. Nagle moim uszom objawił się dźwięk syreny radiowozu. Nie oglądałem się za siebie, ale w swym życiu widziałem zbyt wiele, by nie wiedzieć co się za chwilę wydarzy.

Park imienia niediuka Paczenki wyłonił się zza kolejnego zakrętu. Mój hotel był dosłownie kawałek dalej. Deszcz wzmagał się coraz bardziej. Uznałem, że nie ma pośpiechu by się zameldować w pokoju. Rezerwacja nie kukuł, nie odleci. Jeden budynek przed moim celem nachalnie rzucał się w oczy wielkim, świecącym na niebiesko neonem. Napis głosił: „Bar pod Feniksem”. Jakże smutne byłoby moje życie, gdybym nie odwiedzał takich miejsc.

Pierwsze co mnie powitało po wejściu do środka knajpy to uderzenie duszącego, gorącego dymu z cygar i papierosów. Mimowolnym ruchem ręki rozpędziłem kłęby gęstego pyłu i rozejrzałem się dookoła. Na lewo od wejścia drewniana balustrada wydzielała coś na kształt parkietu, w którego wschodniej części ulokowano szafę grającą. Gramofon wyraźnie lata młodości miał dawno za sobą. Muzyka sącząca się z niego co parę sekund zacinała się, dźwięki były niewyraźne i zdawało się, że od niepamiętnych czasów nikt nie zamieniał tam płyty na jakąkolwiek inną. Naprzeciw wejścia rozciągał się bar. Lada murowana z czerwonej cegły wykończona klinkierowymi kafelkami, zastawiona gęsto wysokimi taboretami obitymi kozią skórą. Typowe. Postąpiłem kilka kroków.

– Co podać? – stojący plecami do mnie mężczyzna, na oko około trzydziestokilkuletni, gruby barman rzucił z typowo staro sarmacką rutyną w głosie.

– Piwo. Najlepiej dwa.

– Ciekawy akcent – wtrąciła nagle czarnowłosa kobieta, w płaszczu po kolana, popalająca papierosa z charakterystycznej lufki.

– Ciekawy? Wydaje mi się, że całkowicie typowy – postanowiłem przekornie odpowiedzieć. Wydźwięk mych słów wzmocnił brzdęk stawianych kufli piwa.

– Tak, ciekawy. Rzadko spotyka się tak czystą mieszankę sclavińsko-teutońskiego akcentu. To bardzo specyficzne i – w tym momencie zrobiła dłuższą pauzę – intrygujące.

Wyczułem bezbłędnie jej zamiary. Pociągnąłem łyk z kufla, ocierając usta nadal ściskaną w dłoni chusteczką.

– Może pani również się napije? – zgrabnym ruchem ręki wskazałem na ladę. – Myślę, że tak będzie nam się lepiej rozmawiało o moim akcencie i o pani zaintrygowaniu.

Skinęła głową, zgadzając się. Z trudem powstrzymałem narastający w kąciku ust grymas zadowolenia. Spojrzałem prosto w jej oczy. Długie, pomalowane rzęsy łopotały szybko. Fioletowy cień na górnych powiekach jak gdyby drgał, a błądzące spojrzenie wskazywało na zakłopotanie.

– Urodziłem się w Teutonii, ale od kilku już lat mieszkam w Eldoracie. Zapewne to stąd ów dziwaczny akcent.

– Być może, niemniej jest bardzo… ujmujący. Podobnie jak pańskie spojrzenie.

W tej jednej chwili zaśmiałem się w myślach. Gdybym za każdym razem, gdy jakiś szpicel stara się mnie złamać metodą „na podryw” dostawał liberta, byłbym zapewne już o wiele majętniejszym człowiekiem, o ile nie równie bogatym jak Marek Chojnacki. Mam jednak sprawdzoną metodę i na takie sytuacje.

– Proponuję taniec! – wypaliłem najbardziej spontanicznie, jak spontaniczność potrafiłem udawać. – Nie po to przyjechałem na urlop do Feru, by się nie wybawić. Mogę panią prosić?

– Nie wiem czy to stosowne. Nawet nie wiem jak panu na imię?

– Któż z nas nie pragnie tej drobnej szczypty tajemnicy? Nigdy nie tańczyła pani z kimś, czyjego imienia pani nie znała? Nie starała się pani odgadnąć tego kim owa osoba jest w tańcu?

– Szczerze mówiąc nigdy.

– Czas najwyższy spróbować.

Mówiąc to chwyciłem ją za rękę i poprowadziłem na trzeszczącą ze starości imitację parkietu. Taniec się rozpoczął. Ma prawa dłoń splotła się z jej palcami, lewa zaś spoczęła na tali. Starałem się jak najlepiej wpasowywać w rytm muzyki.

– Dawno pan przyjechał?

– Dzisiaj po południu. Muszę przyznać, że miasto bardzo się zmieniło odkąd byłem tutaj ostatni raz.

– Ostatni raz. Czyli bywał pan już u nas?

– Owszem, kilka lat temu. Ale skupmy się na tańcu.

Minął kwadrans, może troszkę więcej. Panująca cisza wyraźnie irytowała czarnowłosą agentkę. Czułem narastającą satysfakcję. Szybki rzut oka na zegarek. Kukułka rozbrzmiała przeraźliwie burząc powstały nastrój.

– Ojej – wtrąciłem, – to już dwudziesta pierwsza. Wybaczy pani, ale muszę już iść. Nie meldowałem się jeszcze w hotelu, a wolałbym uniknąć noclegu na ławce w parku – uśmiechnąłem się zalotnie. – Zatrzymuję się tutaj niedaleko, gdyby miała pani ochotę by mnie odwiedzić, proszę czuć się zaproszoną.

– Być może skorzystam.

Ucałowałem niewiastę w rękę. Udałem się do baru by uiścić rachunek i wyszedłem z lokalu zmierzając pewnym krokiem w stronę hotelu. Mniej więcej po czterech krokach odwróciłem się. Stała w drzwiach do „Baru pod Feniksem”. Pomachałem jej. Uczucie satysfakcji cudownie mnie przepełniało. Bezapelacyjnie wygrałem tą partię, ale też i mam świadomość, że to nie jest koniec meczu.

Po długim dniu usiadłem na łóżku. Wyjąłem chusteczkę z kieszeni i rozłożyłem ją. „Spotkajmy się pod Zamkiem Hrabiów Gellonii. Dalsze instrukcje będą dokładniejsze.” Zadumałem się chwilę, po czym odpaliłem zapałkę i przykładając do chusteczki wpatrywałem się w płomienie. Ogień mistycznie majaczył na tle moich źrenic.

Pogoda stawała się coraz bardziej melancholijna. Muszę przyznać, że właśnie w takiej aurze czułem się najbardziej komfortowo. Podczas gdy inni ludzie próbowali skryć się przed nadciągającą burzą, ja oddawałem się błogostanowi obserwacji. Wrzucając kopcącą się wiadomość do kosza na śmieci rzuciłem wzrokiem za okno. Burza szalała w najlepsze.

cdn.
Serduszka
9 853,00 lt
Ten artykuł lubią: Yennefer von Witcher, Irmina de Ruth y Thorn, Baszar Svensson at Atera, Alfred, Sorcha Raven, Ryszard Paczenko, Laurẽt Gedeon I, Cudzoziemiec, Orjon von Thorn-Surma, David de Hoenhaim, Fryderyk von Hohenzollern, Heweliusz Popow-Chojnacki, Adam Jerzy Piastowski.
Komentarze
Yennefer von Witcher
Cudowne! Więcej! Chcę więcej!
Odpowiedz Permalink
David de Hoenhaim
Śliciasto!
Odpowiedz Permalink
Sorcha Raven
Ciekawe co to za agentkę mamy w Ferze...
Odpowiedz Permalink
Ryszard Paczenko
Piękne, piękne, dotowałem oczywiście za park swojego imienia :)
Odpowiedz Permalink
Laurẽt Gedeon I
Fajne opowiadano. Czekam na ciąg dalszy, bo przydałoby się jakieś nawiązanie do armii ;) Nie chciał bym wywierać jakąś presję, ale było by miło ;)
Odpowiedz Permalink
David de Hoenhaim
Zgadzam się z Laurencjuszem, ale nie możemy autora wybijać z rytmu.
Odpowiedz Permalink
Orjon von Thorn-Surma
Daję tantiemkę! Świetne opowiadanie! :)
Odpowiedz Permalink
Heweliusz Popow-Chojnacki
Świetne, czekam na więcej :)
Odpowiedz Permalink
Gotfryd Slavik de Ruth
Zobaczymy czym nas autor "poczęstuje" w kolejnym odcinku :)
Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.