Obserwator Sarmacki, Cudzoziemiec, 15.10.2016 r. o 14:22
Szczerze o Sarmacji — Karolina diuczessa von Lichtenstein
Seria wydawnicza: Szczerze o Sarmacji

Artykuł został oznaczony jako Artykuł na Medal.
yrxCczfd.pngA9001, znany chyba każdemu mieszkańcowi Sarmacji numer paszportu. Karolina von Lichtenstein przybyła do Sarmacji 26 maja 2007 roku. Diuczessa-Markiza-Baronessa, czyli posiadaczka drugiej największej liczby wsi lennych (146!), więcej ma tylko JKW Helwetyk Romański. Pięciokrotnie pełniła funkcję Kanclerza Księstwa Sarmacji, łącznie przez okres 304 dni! Utytułowana, uhonorowana, wieloma odznaczeniami. Zaangażowana w działalność Księstwa jak mało kto przed nią i po niej. Odeszła z Sarmacji 10 maja 2016 roku, i jak mówi, "nie wróci", ale... w rozmowie z nami taka kategoryczna już nie jest!

Szanowni czytelnicy, Obserwator Sarmacki zaprasza Was serdecznie na drugi już, również bardzo długi wywiad, tym razem z Jaśnie Oświeconą, Diuczessą-Wspomożycielką, Karoliną von Lichtenstein!
__________________________________________________________________

Witaj Karolino. Twoje odejście z Sarmacji, z wirtuala, wywołało ogólnokrajowy, jeśli nie ogólnomikronacyjny, szok. Przez lata swej działalności stałaś się ikoną, bez której wielu sobie nie wyobraża dalszego istnienia mikronacji. Można by rzec, że stałaś się żywą legendą, personifikacją idei mikronacji. Łatwo było odejść?

Dzień dobry, Robercie. Głosisz odważne tezy, które – rzecz jasna – bardzo mi pochlebiają, ale z którymi nie jest łatwo mi się zgodzić. Zadeklarowałam zakończenie swojej działalności w maju. Mamy październik, a mikronacje, jak widać, dalej egzystują. Ciężko mi także się zgodzić z tym, że jestem personifikacją idei mikronacyjnej, bo oprócz tego, że jest wiele innych osób, które zasługują na ten tytuł znacznie bardziej niż ja… zdaje się, że spór o to, czym w ogóle jest idea mikronacji, chyba do dzisiaj nie doczekał się ostatecznego rozstrzygnięcia; różni ludzie mówią o różnych celach wirtualnych państw i dopatrują się ich istoty w różnych aspektach. Być może po prostu to jest jądrem mikronacyjnej idei: różnorodność poglądów na nią. Ale dziękuję, to miłe rzeczy :)

Akurat w momencie, gdy piszę te słowa, siedzę w kawiarni przy uniwersyteckiej bibliotece, a w telewizji na jednym z kanałów informacyjnych jest pokazywany reportaż autorstwa jednego z Sarmatów. Ciężko się nie uśmiechnąć, z wielu różnych powodów: trochę dlatego, że akurat w momencie, gdy udzielam wywiadu mikronacyjnego, ale głównie jednak dlatego, że to jednak ktoś, kto w mikronacjach działał. To naprawdę miła rzecz. Czy łatwo było odejść? Nie będę ukrywała – nie. Wszak w ogóle z decyzją o rezygnacji z mikronacyjnego życia nosiłam się od dłuższego czasu, ale zawsze było coś do zrobienia, ludzie, którym trzeba było pomóc i inicjatywy, w których obiecało się wziąć udział; nawet jeśli starałam się udzielać coraz mniej, to wciąż jednak jakaś aktywność była. To wszystko mogłoby się ciągnąć w nieskończoność, przy jednoczesnej narastającej niechęci do „życia przez v” (określenie autorstwa bodajże Krzysztofa Jazłowieckiego), znużeniu światem dookoła i coraz bardziej kiepskim samopoczuciu realowym.

Podobno lepiej odejść, będąc na szczycie kariery, niż po upadku. To mi się do końca nie udało – musiałam zawalić parę rzeczy i otrzymać trochę krytyki, aby ogarnąć, że to już nadszedł ten czas. W tym sensie zarówno Tobie, jak i baronowi de Senancourowi należą się spore słowa uznania – mówię to zupełnie bez ironii. No i odeszłam. Ale jednak wciąż czasami zaglądam. No i piszą do mnie ludzie z mikronacji, rozmawiają – czasami na tematy powiązane z rzeczywistością wokół nas, czasami o tematach mikronacyjnych. Facebook ułatwia utrzymanie kontaktu, nawet jeśli rozmowy stają się coraz rzadsze. Oprócz tego: realowe spotkania z mikronautami. Jeśli definiować odejście z mikronacji jako kompletne zerwanie kontaktu nie tylko z wirtualnymi państwami, ale także i ludźmi, którzy się w nie angażują – w tym sensie zapewne nigdy nie uda mi się odejść.

Odeszłaś z Sarmacji równo na dwa tygodnie przed jej czternastymi urodzinami. Od tego momentu minęło właśnie pięć miesięcy. Mówisz, że nosiłaś się z tym już jakiś czas. Tak po prawdzie to dlaczego w ogóle planowałaś i chciałaś odejść? No i... nie mogłaś odczekać do tych czternastych urodzin?

Dlaczego planowałam odejść? Z różnych, bardzo różnych powodów. O części z nich mówiłam już wcześniej: trochę zmęczenie, znużenie tym wszystkim. W Sarmacji miałam okazję udzielać się już na wszystkich możliwych polach: literatura, kultura, sport – w duchu enigmatycznej „idei mikronacyjnej” starałam się dotknąć wszystkich dziedzin wirtualnego życia i spróbować większości jego smaków. I nadszedł syndrom wypalenia. Wielu ludzi dotyka, dotykało i dotyka będzie – takie myślenie, że zrobili już wszystko, co w Sarmacji możliwe; nie zostało im wiele do osiągnięcia lub prawie już nic. Jakiś rok wcześniej, zastanawiając się nad tym, żartobliwie stwierdziłam, że teraz po prostu będę dążyła do tego, aby być pierwszą osobą z trzema tytułami. Ale z czasem i ten cel zaczął być nużący. I wyszło, że w Sarmacji jestem głównie z powodu ludzi i dla ludzi. To podstawa każdego mikronacyjnego społeczeństwa. Pogaduszki na IRC-u, fejsowe konferencje, wspólne realizowanie różnych zabawnych i poważnych pomysłów – po prostu wspólna zabawa. Tego wciąż mi brakuje i chyba długo będzie brakowało. Wiadomo, że można być członkiem tej wielkiej i patologicznej sarmackiej rodziny nawet nie działając w niej aktywnie, ale to jednak nie to samo.

Nie ukrywajmy także, że jeśli angażuję się w mikronacje, to nie na pół etatu. Rozmawialiśmy zresztą o tym kiedyś, Robercie. Nawet teraz mam problem z całkowitym zapomnieniem o mikronacjach, będąc poza nimi — a tym bardziej, gdy już się w nie angażuję, to naprawdę na wszystkich frontach. A to pożera mnóstwo czasu i atencji. Zastanawiam się, jak to napisać, aby nie zabrzmiało to jak deprecjonowanie mikronautów i wirtualnych państw, ale: przede wszystkim na mojej decyzji zaważyło realne życie, którego sporą część do tej pory pożerały mikronacje. Odnosiłam wprawdzie z tej działalności mikronacyjnej pewne korzyści, czy to edukacyjne, czy społeczne, ale w pewnym momencie bilans strat zaczął znacznie przewyższać bilans korzyści. Obecnie staram się, aby większość mojego czasu pożerało studenckie życie i działalność pozanaukowa, coby mieć co wpisać do CV. Szczegółów nie podam, bo jeszcze może w pobliżu kręci się Paweł Zanik ;)

Powiedzmy sobie szczerze: sama deklaracja odejścia z mikronacji nie sprawiła, że przestałam myśleć o Sarmacji; że przestałam mieć w środku zajęć zabawne pomysły na inicjatywy w Księstwie; albo że nie zastanawiałam się już nad jakimiś aspektami sarmackiego życia. Zresztą, nawet dzisiaj na zajęciach zaczęłam się mocno zastanawiać nad sensownością idei Sejmu Walnego w Sarmacji :D Biorąc pod uwagę, że po moim pożegnaniu bardzo wielu ludzi pisało do mnie z prośbą, abym to przemyślała – to w sumie wyszło, że ta deklaracja była głównie dla mnie, abym trwała mocno w swoim postanowieniu. Oczywiście, nie piastowałam w Sarmacji jednego stanowiska, na co tak skwapliwie zwracało mi uwagę wiele osób. Ale to też przemyślałam. I wyszło, że nie jest to dobry pomysł; przynajmniej na razie nie.

Co do czasu odejścia… Tak teoretycznie, odchodzenie w dniu czyichś urodzin jest jednak trochę niekulturalne – nie bardzo wypada rzucać cień na tak radosną okazję. Zwłaszcza że rocznica powstania Sarmacja de facto zbiegają się z moją Sarmatnicą. A tak serio: nie myślałam nawet o tym, że za x dni będziemy celebrować te 14 lat. To był ogólnie dosyć emocjonalny czas dla mnie, chociaż cała sprawa z odejściem poprzedzona była gruntowną analizą sytuacji. Już gdy zastanawiałam się nad odejściem, wiedziałam, że będę musiała przeciąć linę łączącą mnie z mikronacyjną Karoliną von Lichtenstein raz, a mocno i na stałe. Próbowałam już wcześniej odchodzenia po kawałku, albo po tym, jak zrobię to i to – ale to nie zadziałało, zawsze coś było do zrobienia. Poza tym, pomyślmy – ilu mikronautów deklarowało: „odchodzę po maturze”, „odchodzę po dziewiątych urodzinach Baridasu”, i tak dalej? Bardzo wielu. Problem z takimi deklaracjami jest też taki, że gdy się takowa pojawi, ludzie natychmiast się rzucają na privy delikwenta i próbują go odwieść od danej decyzji. Toteż — napisałam pożegnanie i wylogowałam się. Najprościej jak można.

Napisałaś, odeszłaś. W sumie niemalże w 9 rocznicę od przybycia, prawda? Karolina, Konrad, Karolina... od maja 2007 roku aktywnie w Sarmacji, lecz zmieniając dane i płeć. Dlaczego zmieniałaś? Sarmacja jako gniazdo rozbuchanego testosteronu przeraziło Cię na początku i stąd przemiana w Konrada? I co ostatecznie sprawiło, że jednak wróciłaś do płci pięknej i swego realnego imienia?

Niemalże, owszem. Data mojej Sarmatnicy nie jest jednak równoważna z datą rozpoczęcia mojej mikronacyjnej egzystencji – parę dni wcześniej zarejestrowałam się w Królestwie Scholandii.

Jak ja nie lubię tego pytania – ta historia z Konradem stała się trochę jakby wstydliwym opowiadaniem z dzieciństwa, o którym wujek czy babcia zawsze muszą wspomnieć na rodzinnych spotkaniach, aby wszyscy razem się pośmiali. W sumie nawet kiedyś towarzysz Prezerwatyw Tradycja Radziecki mnie wyśmiał, że normalnie to faceci udają, że są kobietami, a nie kobiety, że są mężczyznami. Ot, takie odstępstwo od normy. A cała historia jest bardzo prosta. Na początku zarejestrowałam się w Sarmacji jako Karolina, podając również swoje realne nazwisko. Pobuszowałam trochę po stronach Księstwa, zobaczyłam natężenie testosteronu i że jest niby jedna kobieta, ale ma tytuł szlachetnej damy. Mój jedenastoipółletni wówczas mózg skonkludował, że musiało to wynikać z tego, że zapewne kobiety w społeczeństwie sarmackim (stylizowanym przecież na szlachtę polską) mogą maksymalnie mieć tytuł właśnie owej szlachetnej damy, a wyżej już niet. Chyba za dużo udzielałam się na portalu historica, gdzie odbywało się role-playowanie w klimatach antycznego Rzymu. I w ten sposób zostałam Konradem. Jakże bardzo się myliłam! Ale przynajmniej jest się z czego pośmiać, zwłaszcza, że jedenastolatka udająca 22-letniego studenta bliżej nieokreślonego kierunku była po prostu zjawiskiem komicznym. Przyznam, że z czasem, gdy poznałam bliżej Sarmację, po prostu zaczęło mi być głupio, że maskuję swoją prawdziwą tożsamość. Jednak członkowie społeczeństwa sarmackiego są sobie bardzo bliscy – zakładamy, że jeśli ktoś coś mówi o sobie, to jest to prawdziwe, a kłamanie jest po prostu nie tylko niemoralne, ale i zwyczajnie niemiłe.

W ten sposób działają mikronacje – nikt nie lubi, gdy ktoś kłamie o swoim rzeczywistym życiu, chociaż z drugiej strony, nikt nie zmusza do ujawniania szczegółów o tym, kim jesteśmy w realu. Ale i tak wszyscy mamy konta na Facebooku, i wzajemnie się na nim stalkujemy. No i konia z rzędem temu, kto nie posiada konta na tym portalu społecznościowym, i potrafi wskazać, dlaczego na znaczku z okazji urodzin JKM widniał Garfield. Znam przynajmniej parę przypadków, gdy trzeba było okazać swoje konto na Facebooku, aby udowodnić, że nie jest się klonem. Większość z nich nieoficjalna, aczkolwiek zdaje się, że za czasów JKW Piotra II Grzegorza zdarzały się prośby ze strony oficjalnych władz państwowych o zweryfikowanie się poprzez podanie odnośnika do swojego konta na fejsie. Legendą stał się przecież także projekt ustawy autorstwa diuka Koraba, w którym premiowana libertami czy innymi korzyściami miała być dodatkowa weryfikacja kandydata na obywatela sarmackiego – poprzez podanie realnych danych czy realne spotkanie, nie pamiętam dokładnie, jak to szło. W kontekście tej dygresji, to że z mikronacyjnych tematów schodzę na realne – to jest bardzo symptomatyczne…

Blisko 10-letni nieprzerwany staż w mikronacjach to bardzo bardzo dużo. Ja w pewnym momencie, zmęczony, zniechęcony, zniesmaczony... odszedłem mówiąc, że nigdy nie wrócę. Coś jak Ty ostatnio. A mimo to zdarzało mi się zaglądać, czasem próbować powrócić, znikać znów. Tak trwało to sześć lat. Ty dziś, wiemy przecież, z Sarmacją nie zerwałaś do końca. Zaglądasz w miarę regularnie, śledzisz co się dzieje, mówiąc krótko — trzymasz rękę na pulsie. Odruch? Przyzwyczajenie? Troska? Czy też może wirtual i real dla osoby, która spędziła w tym drugim połowę, lub znaczną część swojego życia, przenikają się w sposób naturalny?

Wielu ludzi mówi, że ich działalność w mikronacjach to takie drugie życie. Dla mnie to może kiedyś było drugim życiem, ale teraz to po prostu nieodzowna część pierwszego. Znajomi z mikronacji spotykani na piwie w realu, albo rozmowy z nimi o zupełnie realnych rzeczach, albo jeszcze lepiej: znajomi z mikronacji, z którymi mam wspólnych znajomych poznanych w rzeczywistości, albo odwrotnie — no nie, nie jest to tylko drugie życie.
Drugie życie to może być w takim RONie, Rotrii czy Niderlandach, gdzie ludzie wcielają się w określone role, narzucone przez narrację. Mogą wprawdzie wnieść do nich kawałek swojej realnej osobowości, ale ograniczenia powodowane przez konwencję są jednak widoczne; zwłaszcza że w tych stronach mikroświata najczęściej zdarza się, że ludzie urządzają sobie wirtualne pogrzeby, aby potem narodzić się na nowo w innej narracji, pod nowymi personaliami. Teoretycznie mają kontakt ze sobą na Facebooku, ale w mikronacjach ciągle zachowują się jak aktorzy na scenie teatralnej. W Sarmacji jednak w większości po prostu jesteśmy lepszymi sobą, jak to ujął Tomasz Mancini, już niegdyś cytowany przeze mnie na łamach „Kuriera”. Mało ludzi próbuje odgrywać jakąś narrację, a próby tłumaczenia zachowania narracją zazwyczaj spotykają się z nie zrozumieniem (chociaż akurat to na porządku dziennym, że np. na zjazdach zachowujemy się inaczej niż na forum centralnym). To też jeden z powodów, dla którego jesteśmy tak zgraną społecznością, nawet poza granicami mikronacji (czy wiesz, ilu ludzi, którzy formalnie nie działają w Sarmacji od wielu lat, śledzi Księstwo i ma niezłą orientację w sytuacji bieżącej?). Czytałam kiedyś przemówienie JKW Helwetyka, bodajże na pierwszą rocznicę powstania Sarmacji. Napisał tam, że poznał tutaj wielu ludzi i nie są już to dla niego „znajomi z internetu”, a znajomi poznani w internecie. Zupełnie się z tym zgadzam. Ciężko się zrywa z czymś, co jest częścią Twojego życia. Trochę to może przyzwyczajenie, ale trochę też ciekawość, co się dzieje. W końcu mikronacje to niezła kopalnia dla socjologów, antropologów; oprócz tego, nie mogłabym przecież przegapić jakiegoś wielkiego flejmu z walorami komicznymi!

Tak na serio, to z kolejnym mijającym dniem zaglądam już do Sarmacji coraz mniej, czytam coraz mniej. Nie wiem nawet za bardzo, co się dzieje w samorządach obecnie. Niedługo zapewne nie będę wiedziała, co się w ogóle dzieje w Sarmacji, a w międzyczasie przyjdą nowi mikronauci, którzy nie będą wiedzieli, kim jestem. I tak to się toczy.

Myślę, że zawsze będzie wiadomo w Sarmacji kim była Karolina von Lichtenstein, Diuczessa-Wspomożycielka. Są takie osoby w naszej wirtualnej historii, które zapisały się w niej niemalże na poziomie genetycznym. Mam na myśli to, że prędzej czy później wiedza o nich i ich działaniach dociera do każdego, także każdego nowego mieszkańca. Wyobrażam sobie dzień, za 4-5 lat, gdy do Sarmacji wracasz i... wybucha ogólnonarodowa euforia. Ale przejdźmy dalej. 9 lat trwania, aktywności i budowania Sarmacji jest Twoim udziałem. Jak tych dziewięć lat oceniasz? Jaka była Sarmacja w 2007 roku, gdy miała raptem 5 lat, a jaka jest Sarmacja, gdy weszła w wiek nastoletni i dziarsko zmierza do przysłowiowej "piętnastki"?

A więc tak to działa miecz – jest obosieczny. Właśnie poczęstowałeś mnie pytaniem, które tak często zadawałam swoim rozmówcom, przeprowadzając z nimi wywiady. To pytanie jest trudne, ale jednocześnie każda odpowiedź na nie jest niepowtarzalna, bo tak naprawdę historia zmian Sarmacji dla nas zawsze będzie także historią zmian naszej osobowości, przez pryzmat której patrzymy na Księstwo. Można na to popatrzeć socjologicznie, można antropologicznie, można analizować zmiany w Księstwie naprawdę z wielu różnych perspektyw. Dla mnie jednak te dziewięć lat będzie głównie historią mojego dorastania. Pisałam sprawdzian szóstoklasisty, testy gimnazjalne, maturę — wszystko to razem z Sarmacją. Część studiów też upłynęła razem z nią. Nie będzie stwierdzeniem odkrywczym, że wszyscy w Sarmacji także się zmieniali, zatem razem z Sarmatami dojrzewało i całe Księstwo. Od list dyskusyjnych i powszechnie dostępnych realnych danych personalnych do forum centralnego i zmiany personaliów na wirtualne, zwłaszcza gdy co niektórzy grozili kontrolą GIODO (ekhm, ekhm). Nie chcę powtarzać tego, co napisał JKM w wywiadzie z Tobą, więc spróbuję tylko dodać to, co w poprzedniej rozmowie nie padło. Jedną z ciekawszych zmian jest to, że gdy przychodziłam, mnóstwo było inicjatyw z własnymi stronami, właściwie to każda instytucja musiała mieć własną stronę; dlatego webdesignerzy byli bardzo poszukiwani. Niektórzy z nich zresztą po zdobyciu doświadczenia w KS zaczęli robić strony za rzeczywiste pieniądze. Dzisiaj nastąpiła centralizacja, której prekursorem był JKW Helwetyk Romański (wszak to on założył Forum Centralne); ideę tę kontynuował JKW Piotr II Grzegorz, budując system, w którym wszystko jest w jednym miejscu, na jednej stronie. A teraz osiągnęliśmy, w myśl pewnego cytatu z Golden Quotes, najwyższy poziom centralizacji. Ma to swoje zalety i wady, o których szeroko się już rozpisywano. Jednak razem z tym przyszła, zdaje się, pewna mentalność. Inicjatywy to coraz częściej artykuły albo posty na forum. Na pierwszym miejscu jest wyrabianie licznika. Piszemy, komentujemy, a samorządy świętują kolejne dni dominacji w rankingu aktywności. Dzisiaj aktywność kręci się głównie wokół tego, aby się udzielać. Nie opłaca się zbytnio robić czegokolwiek poza forum. Giełda wprawdzie jest pozytywnym wyjątkiem od zasady, ale pamiętając doświadczenia m. in. z Mordokłakami czy w ogóle realowymi aplikacjami — takie rzeczy trzeba regularnie aktualizować, wzbogacać o nowe opcje, inaczej zaczynają się nudzić ludziom. Nie inaczej było przecież z Nianticowymi Pokemonami, które na początku odniosły wielki sukces, a dzisiaj gra w nie już tylko garstka fanatyków.

Mówiłam o tym, że z tym przyszła pewna mentalność? W sumie, jakby nie patrzeć, to wszystkie zmiany są przejawami zmian również mentalnych. Przeprowadzka z listy dyskusyjnej na forum nie tylko służyła temu, aby przyciągnąć nowe pokolenie surfujące po internecie, ale też była odzwierciedleniem współczesnej mentalności skracania. Dzisiaj rzadkością są długie posty na forum; częściej sięgamy po jednozdaniowe czy jednowyrazowe wypowiedzi. Przynajmniej jest pewność, że tak krótką formę nasz interlokutor przeczyta w całości, zamiast pobieżnie przejrzeć długi esej, wybrać to, co mu pasuje i atakować fragmenty. ;) Wracając do motywu dorastania — staliśmy się coraz bardziej profesjonalni. Dzisiaj już nikt nie wklei grafiki z Painta bez narażenia się na ogrom krytyki. Mimo że to wciąż wirtualna zabawa, staramy się w niej osiągać szczyt naszych możliwości – co było jednym z czynników, które doprowadziły do powstania republiki nolife-ów, zdefiniowanej jako pierwszej przez Henryka K. diuka Leszczyńskiego (wciąż się nie mogę przyzwyczaić do tego, że to już nie ciasteczkowy…). Ciężko poświęcać dzisiaj tylko pięć czy dziesięć minut dziennie Sarmacji. Kiedyś to było uwarunkowane zasobami własnej kreatywności i czasu, dzisiaj to także kwestia tego, że przy tak wielu ludziach pracujących wiele godzin dziennie na rzecz Księstwa po prostu głupio się usprawiedliwiać tym, że „mam mało czasu” czy „wolę real”. Widać to zwłaszcza w debatach nad asesorami Trybunału Koronnego — niewystarczająca aktywność (nie w rozumieniu licznika) to dla posłów bardzo często silny argument za odrzuceniem danej kandydatury. Gdy posłowie rezygnują z mandatów, bo uznają, że nie dysponują wystarczającą ilością czasu, czasami spotykają się ze społecznym ostracyzmem – że nie przemyśleli, że kandydowanie do IP, err, przepraszam, Sejmu (:D) to poważny obowiązek, etc. etc. (na melodię hymnu sclavińskiego). Ale weźmy takie dwie osoby: pan Sarmacki pracuje 15h dziennie, plus rodzina, dzieci, życie. Na Sarmację od wielu lat poświęca 10 minut dziennie – głównie czyta, czasami coś skomentuje. Pan Grodziski z kolei jest studentem, ma zajęcia po 4h dziennie, nie ma zbyt wielu obowiązków i na Sarmację poświęca z tej racji od pięciu godzin dziennie w górę. Bardzo łatwo powiedzieć, że to Grodziski jest wybitnym obywatelem i Sarmatą, a pan Sarmacki jeszcze wiele musi się nauczyć, jeśli chodzi o bycie ideałem sarmatyzmu. Ale to u Sarmackiego procentowy udział Sarmacji w jego sposobach spędzania czasu wolnego jest większy, niż u Grodziskiego. No i są ludzie, którzy do Sarmacji zaglądają raz na tydzień, powiedzmy, ale dobrze pełnią np. stanowisko przewodniczącego parlamentu samorządowego. Cały mój wywód, mam nadzieję, że chociaż odrobinę zrozumiały, wziął się z tego, że odrobinę zbyt często spotykałam się w Sarmacji z argumentowaniem, że „ja tu codziennie siedzę, a Ty wchodzisz raz na parę dni, ergo ja jestem lepszym Sarmatą”. Tak to nie działa – przy czym nie deprecjonuję tutaj ludzi, którzy naprawdę bardzo dużo czasu poświęcają na Księstwo. Po prostu to, że ktoś nie jest nolife-em, nie powinno go wykluczać z kręgu Sarmatów.

To, że zmieniamy się jako ludzie i zmienia się otoczenie wokół nas, sprawia, że coraz częściej mamy do czynienia z mieszkańcami, którzy oczekują grywalności, systemu gospodarczego i w ogóle wszystkiego od razu i na raz. Gdy brakuje im czegoś, nie próbują sami wypełnić tej luki, a w zamian tylko narzekają, że tu nic ciekawego. Na szczęście to mały procent ogółu populacji.

Dorastamy też w sensie poglądów. Tu też na to wpłynęła historia ciągłego eksperymentowania z ideami. Niezależnie od tego, ile liter wystukamy na klawiaturze w obronie naszych poglądów czy w próbie wyperswadowania naszym krajanom pomysłów, które w naszej ocenie nie będą dobre — coś w stylu: „ten Sejm Walny nie zadziała” czy „tworzenie dodatkowego komitetu do prac nad Konstytucją jest bez sensu” – niezależnie od tego, jak wiele będziemy się produkować, w mikronacjach i tak zawsze zastosowanie będzie miał pogląd Maksa Plancka, że „eksperyment to jedyny sposób zdobycia wiedzy, jakim dysponujemy. Wszystko poza tym to poezja, wyobraźnia.” W realu można o tym dyskutować, ale w mikronacjach? Rzadko możemy w stu procentach przewidzieć, co wypali, a co nie – pozostaje więc tylko ciągle eksperymentować. A że robiliśmy to już wielokrotnie, większość Sarmatów już miało uzasadnienie, aby solidnie obrosnąć w betonie poglądów na mikronacyjny świat. Monarchia? Bleh. Całkowita demokracja? Bleh. To może czas na republikę? No nie wiem, to też do końca nie zadziała. I wszystko to możemy uargumentować – „to już było”. To też spora zmiana, jeśli chodzi o Sarmację roku 2007 a współczesną. Jest pewien zestaw idei, z którym zawsze przychodzą nowi mieszkańcy. Sporo z nich wpada na te same pomysły, których nikt nigdy nie doprowadził do końca. Wobec czego, gdy takowy delikwent zapozna resztę świata z wyjątkowym, w jego mniemaniu, pomysłem, natychmiast dostaje sporo odpowiedzi w stylu „to już było, to nie zadziała”, opartych na autorytecie mikronacyjnego starszeństwa. Tu też wchodzi ciekawy dylemat: skoro mikronacje to taka piaskownica, w której każdy może działać i robić wszystko, to czy ograniczanie kogoś jest zasadne? Czemu ktoś nie może po prostu spróbować zrealizować swojego pomysłu? Jeśli mu się nie uda, to nabierze przynajmniej doświadczenia. Oczywiście, prawdopodobne jest też to, że w tym przypadku po prostu mu się znudzi i zrezygnuje z mikronacji. Stąd też narodowe zniechęcanie do takich pomysłów, które nigdy nie działają… które też w sumie może zniechęcić delikwenta. Ale to jednak temat na dłuższy traktat filozoficzny.

W grę wchodzą też, oczywiście, zmiany techniczne. W 2007 roku na stronie widać było shoutboxa (!!!), którego euforycznie zaspamowywaliśmy; grafikę rodziny i domu (do dzisiaj nie wiem, co to miało symbolizować – sarmacką rodzinę?); no i agregator prasy. Każda gazeta miała swoją osobną stronę internetową, a na stronie Sarmacji wyświetlane były RSS-y ze wszystkich agencji, których lista była surowo moderowana przez ministra właściwego do tych spraw (chyba widać, że za dużo siedziałam przy rozporządzeniach określających zakres obowiązków ministrów). Ale wiesz, jak to jest. Każdy wspomina swoje wirtualne dzieciństwo z pewną dozą nostalgii, a to, co wówczas było, przywołuje jako pewien wzorzec porównawczy. Nawiasem mówiąc, ogólnonarodowa euforia? No bez przesady ;)

Właśnie na takie coś liczyłem. Dogłębna analiza, nie ograniczająca się do półsłówek, przemyślana, wyważona, wielowymiarowa. Super. Poruszyłaś przy okazji jeden z elementów, z którymi ludzie czasem do mnie piszą i chcieliby coś zrobić — ten nieszczęsny licznik aktywności. Gamifikacja jest trendem dziś na tyle popularnym, że pojawia się nie tylko w zabawie, czy społecznościach, ale też przecież często towarzyszy mechanizmom rozwoju pracowników w korporacjach i mniejszych firmach. Gramy wszędzie, gramy o wszystko. Licznik aktywności jest takim mechanizmem gamifikacji przy czym wydaje mi się, iż jest wybrakowany. Jest bodziec sankcji (utrata aktywności daje kary do opcji działania), ale brakuje mechanizmu wsparcia i nagradzania. Samo miejsce w rankingu aktywnych nic nie daje, nic nie mówi. Czy nie poszliśmy w tej sprawie za daleko? Czy wprowadzając mechanizmy weryfikujące zaangażowanie i aktywność nie odpaliliśmy narzędzia zbyt trywialnego, infantylnego, zachęcającego do równania w dół (punkt to punkt, po co się wysilać?)? Jest dziś miejsce na porzucenie tego reliktu i otwarcie się na radosną twórczość? Da się to ugryźć?

Jeden z naukowców, którego personaliów za nic nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć, zauważył w swoim eseju, że aby zaistniała możliwość dyskusji i aby była to dyskusja produktywna, w której wszystkie strony rozumieją argumenty innych i sami czegoś się uczą; która przynosi jakieś owoce – wszyscy dyskutanci muszą mieć wspólne definicje, na których opiera się cała rozmowa. Największy problem z rozmowami o liczniku aktywności w Sarmacji jest taki, że dla każdego słowo „aktywność” oznacza coś innego – zatem problem z wymianą opinii na ten temat powstaje już na etapie definicji, co boleśnie daje się w znaki podczas wszelkiej próby podjęcia polemiki na ten temat. Dla jednej osoby aktywność to zaglądanie do Księstwa i utrzymywanie z nim pewnych więzi, niekoniecznie poprzez pisanie – dla drugiej osoby z kolei takie zachowanie sygnalizuje osobę nieaktywną albo tylko lekko bardziej aktywną niż człowiek w ogóle niepowiązany z Sarmacją.

Stąd też typowa debata w stylu:
„Licznik nie działa!”
„To proszę zaproponować lepszy sposób uwzględniania, kto jest aktywny.”
„30 dni nielogowania do systemu.”
„No nie, do tego nie wrócimy.”
I koniec rozmowy…

Obecnie licznik aktywności zakłada, że napisanie 20 wypowiedzi w miejscach publicznych Księstwa w ciągu 30 ostatnich dni wystarczy, aby uznać kogoś za aktywną osobę. Dochodzą do tego drobne korekty: funkcjonariusze samorządowi mają obniżone wymogi punktowe, można także dodawać punkty za tzw. „aktywność pozasystemową”. No i gdzie tu tkwi problem? — można zapytać. Można argumentować tak jak wiele osób, w tym bodajże Zbyszko diuk von Thorn-Broniek — „20 wypowiedzi w ciągu miesiąca to nie jest duży wysiłek, to mniej niż jedna wypowiedź dziennie!” Czy wspominałam już o problematyce sprowadzania meritum aktywności do wystukiwania kolejnych wiadomości na forum? Tak, zdaje się, że tak. Jednym z argumentów, którego używali zwolennicy licznika, było to, że nie ma dobrego sposobu na ustalenie, kiedy dany funkcjonariusz publiczny przestaje być aktywny. Najprościej na ten dylemat odpowiedzieć: wtedy, gdy przestaje wypełniać swoje obowiązki. Ale ponieważ nic na świecie nie jest proste, to przy takiej interpretacji powstają kolejne problemy, ale też i kolejne ich rozwiązania. Przed licznikiem jedynym systemowym sposobem stwierdzania czyjejś nieaktywności na danym stanowisku była utrata obywatelstwa Księstwa, która następowała po 30 dniach nielogowania się do systemu. Jak stwierdzał bodajże JKW Romański, zawsze ciężko jest kogoś odwoływać, zwłaszcza jeśli to np. nasz realowy znajomy, albo ktoś, kto niby jest aktywny, ale nie wypełnia swoich obowiązków — dlatego też dobrze jest przerzucić tę sprawę na surowy system, który bezstronnie oceni, że dana osoba przestała być właśnie aktywna. Z drugiej strony, zasypywanie forum gradem postów nie zawsze również wskazuje na wypełnianie swoich obowiązków. Nie jest także tak, że na miejsce odwołanej osoby zawsze czeka już w kolejce kolejna, dla której zabrakło stanowisk i która czeka tylko na tę okazję, aby się wykazać. No nie, mamy deficyt chętnych do działania; już chyba było parę takich przypadków, że osoba będąca zarządcą miasta traciła aktywność ze względu na brak czasu, ale jednocześnie dobrze pełniła swoją funkcję – uzupełnianie kantyny w systemie. Dziwne to, tak po prostu. Oczywiście, argumentów za i przeciw w tej sprawie jest o wiele więcej, ale powinnam się wstrzymać od pisania monografii, a zamiast tego udzielać wywiadu; zatem odpuszczę czytelnikom szczegółowe wyłuszczanie tego wszystkiego.

Wspominasz, że samo miejsce w rankingu aktywnych nic nie daje. Pozwolę sobie się nie zgodzić – sens licznika (nie „rankingu”, jak często podkreślali zwolennicy tego rozwiązania) jest taki, żeby ustalać, kto jest aktywny. Zatem w ogóle bycie w tym spisie nad poziomem kreski oddzielającej osoby oznaczone przez system jako aktywne od tych nieaktywnych — samo bycie w tym spisie POWINNO być czymś, co daje pewne korzyści. Poza tym, każdy lubi statystyki. ;) No i stąd też kolejny argument zwolenników licznika – że to zachęca ludzi do udzielania się. Jakość tej aktywności (cóż za paradoksalne słowo tutaj) bywa bardzo różna – dość wspomnieć, ile osób zostało osadzonych przez Prefekturę za spamowanie krótkimi wypowiedziami w bardzo krótkim przedziale czasowym. Ponadto, wszyscy nagle się rzucili do witania nowych Sarmatów, bo to zawsze dodatkowe punkty do tego licznika… Sumując: licznik da się obejść, i to na wiele sposobów. Dla chcącego nie ma kłopotu, zwłaszcza że w krytycznym momencie zawsze mogą z pomocą przyjść namiestnik samorządu, Kanclerz lub Książę i przyznać te x punktów aktywności. Ale… już w realu w życiu codziennym premiowana jest umiejętność obchodzenia systemu. Czy aby na pewno w Sarmacji chcemy tworzyć wirtualną Polskę 2.0? Ale – to trochę jak z demokracją w rozumieniu churchillowskim. System słaby, ale nikt nie wymyślił nic lepszego. Zwłaszcza w epoce grywalizacji, o której wspominasz.

Tak sobie myślę, że w sumie jest też w Sarmacji inny mechanizm gamifikacji, i to od bardzo dawna. Nadania, nobilitacje – w skrócie, konfitury. Teraz jeszcze można zdobywać punkty za odznaczenia, które wymieniasz na m. in. punkty aktywności – i tu w sumie przejawia się pewna niższość pojmowania licznika w społeczeństwie sarmackim — odznaczenia jednak są ważniejsze, niż nasza pozycja w rankingu (i tak powinno być!). Czyli, paradoksalnie, nie jest on taki ważny. Myślę, że w zasadzie wszystkie te deliberacje ujawniają inny problem: ludzie dorastają, nie mają się czym zająć w Sarmacji. To co ich do tej pory pasjonowało – teraz albo nie mają na to czasu, albo już im się to znudziło. Nie ma nowych dziedzin życia sarmackiego, nie ma systemu, nie ma minigier. To, co kiedyś ludzi w ogóle kiedyś jarało, czyli np. tworzenie wierszy, pisanie opowiadań, długie i złożone debaty polityczne — to już nie działa. Przerobiliśmy w Sarmacji już bardzo wiele rozwiązań, stoczyliśmy wiele sporów na wiele tematów; znamy na wylot swoje poglądy i jesteśmy w stanie określić, co kto napisze na dany temat. A świeżej krwi mało – a jeśli już przychodzi, to z reguły albo zniechęca delikwenta długi czas oczekiwania na objęcie bardziej znaczącego stanowiska, albo wręcz przeciwnie: zostaje na początek ministrem, Kanclerz dostaje punkty do wizerunku za umożliwianie działania młodszym (chociaż wszyscy wiedzą, że po prostu nie miał lepszych kandydatów, bo starsi stażem się wypalili – w Dreamlandzie ładnie to nazwali „syndromem krótkiej ławki”), a taki minister sobie radośnie porządzi i zniechęci się nawałem obowiązków, dziwnych rzeczy; potem dojdzie krytyka za nieogarnianie, i też się zniechęci. Nie no, to skrajnie pesymistyczne, wiem. Chyba markiz Kawowy skomentował kiedyś mój artykuł słowami, że powinnam dostać wirtualną nagrodę Nike za zasypywanie czytelnika trudnymi pytaniami egzystencjalnymi, wznoszącymi życie w mikronacjach na nowy poziom depresji.

Tym niemniej: licznik aktywności nie jest rozwiązaniem; to bardziej sygnał szerszego i bardziej złożonego problem. Jak wzmiankował kiedyś JKW Romański, rozbicie termometru nie sprawi, że gorączka nagle spadnie. Ale też zmuszanie każdego do posiadania termometru również nie doprowadzi do takiego rezultatu.

Truizmem będzie skonstatowanie, że Sarmacja się zmieniła, ludzie się zmienili. Kiedy przybyłaś do Sarmacji miałaś inne oczekiwania i perspektywę niż dzisiejsi nastolatkowie. Czy Twoim zdaniem istnieje szansa na to, by znów Sarmacja była interesująca dla nowych mieszkańców? W kogo celować? Jak ich zatrzymać? Mamy jeszcze szansę na to, czy raczej przed nami perspektywa rozwoju tego co jest, szlifowania i zużywania się tych co już są?

Nie ma jednej odpowiedzi na te wszystkie pytania. Sporo Sarmatów wskazywało drogę w kierunku grywalizacji i jednocześnie uproszczenia Księstwa, dostosowania go do odbioru przeciętnego użytkownika internetu – to wszystko miałoby sprawić, że mielibyśmy coraz więcej świeżej krwi. Serduszka, tantiemy w artykułach — system zapoczątkowany przez JKW Piotra II Grzegorza miał na celu między innymi zachęcenie przeciętnego fejsbukowicza do Sarmacji. Wszystko jednak zależy od tego, kogo chcemy mieć w Księstwie. Przez lata szczyciliśmy się reputacją kraju, który przyjmie każdego w grono swoich obywateli, nie poszukując osób o specyficznych przymiotach, narracji czy klimacie — jak to ktoś kiedyś ujął, takie "catch them all". Jeśli chcemy iść dalej w tym kierunku, łapać jak najwięcej potencjalnych kandydatów na mikronautów, to zapewne kontynuacja fejsbukizacji Księstwa to dobre rozwiązanie. Nie ukrywajmy jednak, że mikronacje to po prostu bardzo specyficzna rozrywka, która z definicji jest niszowa. W momencie, w którym Księstwo stałoby się jedną wielką grą z różnymi podsystemami i graczami, którzy namiętnie klikają w kolejne przyciski — byłoby to raczej coś innego niż symulowanie wirtualnego państwa w obecnej formie. Ale z drugiej strony, obecna forma nie działa, bo nie ma za bardzo nowych ludzi, a starsi odchodzą, nudzą się, albo są zniechęcani. Do takiego Dreamlandu zaczęły ściągać tabuny ludzi o specyficznym klimacie. Nie jest przypadkiem, że większość KPA to mieszkańcy młodsi stażem, podczas gdy w opozycyjnej KPD są głównie starsi z wyrobionymi poglądami na mikronacje. Tym niemniej, Dreamland to dobry dowód na to, że nie trzeba celować w ściąganie kogoś, kto kontakt z internetem ma tylko na poziomie fejsa, aby odnieść sukces demograficzny. Wystarczy poczytać forum KD, aby zorientować się, w czym rzecz – Dreamlandczycy lubią podyskutować, podebatować o tematach zarówno wirtualnych, jak i realnych. I przede wszystkim, przy tym co robią (nie tylko dyskusjach, ale i działaniach), bardzo dobrze się bawią. A czy Sarmaci dobrze się bawią?

Najważniejszą rzeczą jest konkretne określenie targetu Sarmacji, a potem konsekwentna jej promocja w gronie potencjalnych odbiorców. Dobrze jest też odpowiedzieć sobie na pytanie, jaką funkcję pełni Księstwo, czym powinno być dla mieszkańców – czy to starszych, czy nowych. Czy powinno być po prostu społecznością internetową, gdzie można pogadać, czy może raczej społecznością, w której można sobie poćwiczyć pisanie aktów prawnych? Oczywiście, dla każdego mikronacje mogą być czymś innym, w innych dziedzinach może się realizować, ale promowanie tego na zasadzie „możesz być tym, kim chcesz” rzadko działało. To wszystko jednak teoria. Zatrzymywanie nowych mieszkańców w praktyce jest trudne — coś o tym wiem po sporym stażu pracy w instytucjach temu służących. Ktoś się zainteresuje, ktoś odpadnie od razu, ktoś po paru dniach. I tu, ponownie wracając do przykładu Dreamlandu, znacznie łatwiej się zainteresować mikronacjami, jeśli napotkasz w nich ludzi, z którymi dzielisz zainteresowania. Z drugiej strony, co z strategią różnorodności, od zawsze obowiązującej w Sarmacji — że można poznać tutaj ludzi z różnych przedziałów wiekowych, na różnych ścieżkach życiowych, i tak dalej? Być może po prostu nie umiemy tego dobrze zutylizować. Jakąkolwiek ścieżką promocyjną nie pójdziemy, będzie lepiej, niż gdybyśmy nic nie robili.

Ja pamiętam Sarmację, która cieszyła się z każdej jednej inicjatywy, jak kwitły dyskusje, nawet spory. Działo się. Dziś mam wrażenie, że wszystko zostało spłycone do granic absurdu. Pod ciekawymi artykułami czy postami dyskusja została sprowadzona do klikania serc, nie do odpowiedzi. Serca dziś w KS to kikuty tego czym kiedyś była sarmacka dyskusja. Zgadzam się - serce i komentarz krótki, nie merytoryczny, z tantiemą, nie zgadzam się - brak serca, komentarz bez tantiemy. i tak dalej. Mnie to strasznie denerwuje, wpienia... by nie użyć mocniejszego słowa. Co Ciebie, jako w jakiś sposób zaangażowanego emocjonalnie, ale biernego faktycznie, obserwatora wkurza w dzisiejszej Sarmacji? Tak po prostu, co Cię wpienia w nas najbardziej?

Ty pamiętasz czasy, gdy było dużo dyskusji, a ja pamiętam przeglądanie archiwów Bramy Sarmackiej. Długie artykuły, merytoryczne, albo po prostu informacyjne. Pod spodem – zero komentarzy. Z czasem wprowadzono kolejne rzeczy — system oceny artykułów (można było obok komentarza przyznać danemu tekstowi ocenę), system sercowania, i tak dalej. Wszak już od dawna ludziom nie chciało się rozpisywać, dyskutować. Realia współczesności są nieubłagane. Mówisz o tym, że gdy ktoś się nie zgadza, nie daje serca, a komentarz publikuje bez tantiemy. Cóż, mnie na Twoim miejscu jednak by cieszyły komentarze ;) Mogło być gorzej — zero reakcji.

Co mnie wpienia? Głównie to, że Sarmaci nie potrafią rozmawiać o tym, co ich boli. Czasami do tego dochodzi totalny brak empatii. Wprawdzie rodzą się z tego ciekawe flejmy, ale… czasami po prostu ręce opadają na widok tego, jak bardzo ludzie nie umieją ze sobą rozmawiać. Wkurza też mnie dewaluacja osób, które nie są aktywne na co dzień w Sarmacji, ale zaglądają, raz na jakiś czas skomentują czy wpadną na IRC-a. Owszem, ci, którzy codziennie odwiedzają Księstwo, zasługują na uznanie, ale nie powinniśmy też całkowicie deprecjonować tych, którzy z różnych względów zaglądają do niego rzadziej. Każdy z nas jest członkiem sarmackiej rodziny. Tak po prostu. Ale jednak Sarmacja ma dużo zalet, więc nie negatywizujmy tak. ;)

To chyba faktycznie znak czasów, że coraz mniej ze sobą rozmawiamy. Zmieniamy się w społeczeństwo introwertyczne, które emocje tłamsi w sobie. Coraz łatwiej się urażamy, zrażamy... to fakt. Pytanie czy w ogóle jest jakaś opcja by to zmienić? Czy też po prostu skazani jesteśmy na postępującą izolację jednostek, spłycanie debat do memów, prześmiewczych obrazów i mało wyszukanych bon motów? Czy emocje, które nam coraz częściej towarzyszą muszą zawsze być takie negatywne? Przecież takie zachowania zrazić muszą praktycznie każdą osobę, która do nas trafi. Co się musi stać byśmy jako społeczeństwo oprzytomnieli?

Proponuję zacząć od przypomnienia sobie, że to przede wszystkim ma być zabawa.

No tak, nie da się ukryć, że to by pomogło. Ostatnie pytanie więc, bo i tak się rozgadaliśmy ponad miarę. Kiedy wracasz?

Nie w najbliższej przyszłości. Mam wystarczająco dużo punktów doświadczenia i achievementów do zdobycia w realu, lokacji do odblokowania i eksplorowania :D
Dotacje
2 500,00 lt
Dotychczasowi donatorzy: Guedes de Lima, Henryk Wespucci, Henryk Leszczyński, Malcher Estery Naw, Tomasz Ivo Hugo.
Serduszka
9 204,00 lt
Ten artykuł lubią: Orjon von Thorn-Surma, Irmina de Ruth y Thorn, Guedes de Lima, Henryk Wespucci, Henryk Leszczyński, Tomasz Ivo Hugo, Bartłomiej Czapka, Wojciech Hergemon, Andrzej Fryderyk, Yupeng Beijin-Zhao.
Komentarze
Leszek de Ruth
Jeszcze nie czytałem, ale od razu: wow.
Odpowiedz Permalink
Cudzoziemiec
Odpowiedz Permalink
Irmina de Ruth y Thorn
Wow. Dziadku znakomity wywiad jak zawsze :) gratulacje i jestem nim oczarowana.
Odpowiedz Permalink
Guedes de Lima
Szok. W pozytywnych sensie.
Odpowiedz Permalink
Wojciech Hergemon
Za długie. Czekamy na streszczenie.
Odpowiedz Permalink
Tomasz Ivo Hugo
Przede wszystkim brawa za namówienie i przeprowadzenie z Karoliną wywiadu. Druga sprawa - brawa dla rozmówców za ciekawą lekturę, którą otrzymaliśmy. Dziękuję :)
Odpowiedz Permalink
Yennefer von Witcher
W piątek miałam okazję widzieć się z Karoliną, mimo tego że dużo było do obgadania tak o, w realu, Karolina co kilka minut wspominała o KS, wydaje mi się, że bardzo za nami tęskni, ale to nie wszystko, wrócić na razie nie może, mówiła mi o tym ile pracy ma w realu. Karolina, my też tęsknimy, wróć do nas, choć na godzine/dwie tygodniowo, będziemy się cieszyć! (I tak wiem że to przeczytasz jeszcze dziś :D )
Odpowiedz Permalink
Wojciech Hergemon
W końcu przeczytałem, więc mogę dać uczciwie serduszko. Natomiast na przyszłość gorąco zachęcam jednak do wywiadów w konwencji VIVA! ;)
Odpowiedz Permalink
Cudzoziemiec
Wywiady w konwencji Viva zostawiamy czasopismom innych lotów ;)
Odpowiedz Permalink
Andrzej Fryderyk
W czasie wywiadu zostało poruszonych wiele tematów. Mimo iż chciałbym, odniosę się wyłącznie do kilku z nich.
Cytuję:
Poza tym, każdy lubi statystyki. ;)

To zdanie, w kontekście Licznika Aktywności i rankingu sporządzonego na jego podstawie wywołało w mojej głowie szereg myśli. Pierwszą z nich była odrzucająca „nie, to nieprawda!”. Druga, równie odrzucająca „no dobra, może i prawda, ale nie takie rankingi!”. Później jednak zastanowiłem się, co jest faktyczną przyczyną tak odrzucającego podejścia. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest faktyczny ranking, lecz bardziej wskaźnik stanu obecnego. Z powodu bardzo niskiej delty czasowej wynoszącej 30 dni, nie mamy tu rankingu absolutnego lub quasi-absolutnego, w którym zaczynamy nisko i pniemy się do góry, mając sporą stratę do najlepszych, tych którzy „grali” dłużej.

Dlatego właśnie ten ranking będę traktować na potrzeby tej wiadomości wskaźnikiem. Co mamy ze zdobycia szczytu drabiny? Chwilową satysfakcję. Jest to do osiągnięcia przy sporym zawzięciu dla każdego. Osiągnięcie tego nie pozostawi po sobie żadnego śladu. Więc tak naprawdę nie ma w tym zupełnie nic motywującego, jak zauważył redaktor. Jednakże tutaj sprawę polepszają nieco ordery nadawane przez JKM. Ja nie jestem kompetentny, ale w mojej ocenie zmiana graficznej ich reprezentacji być może dodatkowo polepszyłaby ich efekt.
Cytuję:
Największy problem z rozmowami o liczniku aktywności w Sarmacji jest taki, że dla każdego słowo „aktywność” oznacza coś innego – zatem problem z wymianą opinii na ten temat powstaje już na etapie definicji, co boleśnie daje się w znaki podczas wszelkiej próby podjęcia polemiki na ten temat.

Chciałbym powiedzieć – trafione w sedno! Jednak nie do końca. Zgadzam się – wszystko rozbija się o definicję. Jednak w polemice przeszkadza nie to, lecz silna wiara w swoją słuszność przez obydwie strony, zamiast zastanowieniem się nad argumentami. Przez obydwie strony przemawia jakieś doświadczenie i jakieś poglądy. Gdyby nie zdecydowane poglądy suwerena na ten temat, sądzę, że licznik byłby likwidowany i wprowadzany przez Sejm na przestrzeni różnych kadencji. I niestety muszę powiedzieć – dopóki ta sprawa budzi tak wiele emocji, nie da się z nią nic zrobić.

Ogółem cały wywiad jest bardzo ciekawy. Brakuje mi Karoliny w Sarmacji, jakby nie patrzeć jest moją mentorką, wiele jej poglądów przyjąłem jako swoje. Jestem przekonany ze Karolina miała duży wpływ na niektóre sarmackie środowiska. Wpływ, którego teraz brak.
Odpowiedz Permalink
Yupeng Beijin-Zhao
Cytuję:
Jestem przekonany ze Karolina miała duży wpływ na niektóre sarmackie środowiska. Wpływ, którego teraz brak.

Pozostał w naszej świadomości. Był jest i będzie.
Odpowiedz Permalink
Defloriusz Dyman Wander
Viva najpiekniejsi!
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.