Obserwator Sarmacki, Robert Fryderyk, 27.02.2017 r. o 18:26
Czekanem po łapkach #2: kanclerz — wzór niedościgniony?
Seria wydawnicza: Felietony Obserwatora

Czekanem po łapkach to nowy cykl felietonów, których autorem będzie Robert Janusz von Thorn, a na łamach których komentować będzie, czasem częściej, czasem nie, aktualne wydarzenia, pojawiające się pomysły i idee. Zapraszam na drugi już felieton, w którym autor polemizuje z Szlachetną Damą Juliettą Alatriste, która żałobny utwór na cześć Kanclerza popełniła, ale chyba na pogrzeb za wcześnie, i o tym jak autor postrzega kandydata na urząd Kanclerza przez pryzmat pożądanych cech.
________________________________________________________________

Dzisiejszy felieton dedykuję każdemu, kto uważa, że ma coś do powiedzenia w zakresie oceny ostatnich wydarzeń, ale boi się wypowiedzieć. Oczywiście to żart. Chciałbym, by w odróżnieniu od innych moich tekstów, ten wywołał żywą, acz tym razem merytoryczną, dyskusję o tym jakimi cechami winien legitymować się kandydat na Kanclerza lub sam Kanclerz. Felieton ten stanowi polemikę z publikacją Szlachetnej Damy Julietty Alatriste, która wczorajszego wieczoru popełniła, na łamach Herolda, „Requiem dla Kanclerza”. I choć wymowa publikacji owej jest żałobna, tak rad jestem, i mówię to z ręką na sercu, że pojawia się polityczna analiza, z którą można i należy polemizować.

Nie mówię, że z tezami Szlachetnej Damy się nie zgadzam. Polemizuję dlatego, że uważam jej publikację za niepełną, okrojoną, ograniczoną do jednej tylko strony medalu. Pani Alatriste raczy więc nas wyliczanką tego kim Kanclerz być nie powinien, ale już, niestety, nie odważa się autorka na przedstawienie cech, które Kanclerz, czy kandydat na ten urząd, winien posiadać. Nim siadłem do skreślenia tych kilku słów pokusiłem się więc o wymienienie, w punktach, cech, które moim zdaniem winien posiadać kandydat na ten niezwykle ważny urząd. Wymieniając je pokrótce je omówię, na koniec zaś odniosę się także do tego co zostało powiedziane w „Requiem”.

A zatem, przede wszystkim kandydat musi posiadać chęci do działania. To jest chyba jedyny sine qua non całej tej zabawy. Reszta to względnie fakultatywna wyliczanka, a już na pewno nie powodująca, że ktoś się nie nadaje. Jednak bez chęci… się zwyczajnie nie da. Wyobrażacie sobie zakutego w kierat Kanclerza, który za miskę grochu i naparstek wody będzie niczym wół zasuwał, marząc tylko o tym by zwyczajnie już nie być? Nie wyobrażacie sobie, i ja nie wyobrażam sobie także. Dalej więc, kandydat taki dobrze by było gdyby posiadał własną wizję urzędu, który będzie sprawował i kraju, którym przyjdzie mu kierować. Wtedy jest zwyczajnie łatwej realizować się w tej roli. Mając taką wizję, dobrze jest umieć ją przedstawić, a mówiąc językiem marketingowym — sprzedać. Dobrze sprzedana wizja to nasze narzędzie zdobywania poparcia i wpływów. Nie jedyne, oczywiście, ale na wstępie to to najważniejsze. Tu mała dygresja.

Częstokroć obruszamy się na działania marketingowe czy z zakresu PR, które ten czy tamten polityk podejmuje. Chcielibyśmy, by ten polityk był dalej naszym najlepszym kumplem, był naszym ziomem z imprezy, podwórka, bloku. Ale czy wówczas myślimy o tym czego chciałby w stosunku do tego samego polityka mój sąsiad? A co by chciała pani mieszkająca kilka ulic dalej? Polityk musi starać się godzić różne oczekiwania jakie wobec niego stawiają Ci, którzy go wybierają, oceniają, krytykują. Polityk staje się towarem. Takim samym jak parówki w sklepie, czy chleb na targowisku. A aby towar, w środowisku konkurencyjnym, sprzedać należy go promować. PR i marketing polityczny to nie są złe rzeczy. Nasz problem z nimi wynika z braku zrozumienia tej idei. I to nie jest zarzut. Tu winę ponoszą sami politycy, którzy nie uczą nas czym jest społeczeństwo obywatelskie i jak działa polityka.

Ale wróćmy do meritum i idźmy dalej. Dobrze jest gdy kandydat, czy już sam Kanclerz, umie stawiać cele, które są w naturalny sposób rozwinięciem wyżej wspomnianej wizji. Cele, do których dążyć będzie on i grupa osób, z którymi wizję ową przyjdzie realizować. Oczywiście, oprócz tego, że cele się stawia, to dobrze jest umieć także je delegować. Bez tej umiejętności będziemy stawiać cele sami dla siebie, a następnie sami je realizować. Nie tędy jednak droga. Dość banalną umiejętnością jest również to, by umieć znajdować informacje, których w danym momencie potrzebujemy. Nikt nie wymaga, i nie powinien wymagać, by kandydat/Kanclerz znał się absolutnie na wszystkim. Ale powinniśmy wymagać by niezbędne informacje umiał znaleźć i wiedzę tak zdobytą wykorzystać.

Nieubłaganie też zbliżamy się do tej grupy umiejętności i cech, które choć nie wymagane bardzo w prowadzeniu kampanii wyborczej, czy późniejszym sprawowaniu urzędu, pomagają. Zawsze dojdzie do sytuacji, w której kandydat/Kanclerz znajdzie się w polemice z przeciwnikami. Umiejętność jej prowadzenia niezwykle pomaga, i pozwala zachować zimną krew, a nawet niekiedy celniej uderzać tych, którzy starają się uderzyć w nas. Tu też jest bardzo ważna kolejna cecha — zrozumienie ról, w jakich występuje kandydat/Kanclerz i w jakich występują przeciwnicy. To nie jest tak, że w polityce wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. W polityce nie ma przyjaźni. Jeśli my odmawiać innym będziemy prawa do polemiki, prawa do bycia w opozycji, prawa do krytyki i stawiania nas w niekorzystnym świetle, to odmawiamy sobie prawa do bycia ponad tym, do bycia dobrym politykiem. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. To się też wiąże z umiejętnością przyjęcia krytyki, wytrwałością i wytrzymałością jaką wykażemy w jej ogniu. Nie raz i nie dwa jest tak, że kogoś ponoszą emocje. Tak było, jest i będzie, od tego nie ma ucieczki. Znacznie łatwiej więc będzie potencjalnemu Kanclerzowi gdy zahartuje swe ciało i przede wszystkim umysł na takie trudniejsze sytuacje. Nie może być tak, że kandydat na Kanclerza w pierwszej z brzegu sytuacji krytyki, czy nawet ostrzejszej tylko polemiki, ucieka z pola, rzuca urzędem i odwraca się plecami. W moim osobistym kanonie zachowań politycznych jest to zachowanie jednoznacznie dyskwalifikujące, ale wydaje mi się, że nie tylko ja tak myślę. Zatem mamy kolejną cechę, którą jest umiejętność poskramiania własnych emocji. Czasem znacznie lepiej jest przełknąć krytykę, dać wybrzmieć trudnej sytuacji miast się w nią rzucać jak główką do pustego basenu. Wiem, to trudne, nie każdy to umie, ja tego nie umiem! Nie zawsze w każdym razie. Zaraz obok tego idzie cecha siostrzana czyli umiejętność chłodnej oceny sytuacji. Ktoś mi kiedyś poradził by odpuścić, przespać się, wrócić do sytuacji na drugi dzień. Tak zrobiłem i zauważyłem, że to pomaga. Faktycznie wyciszone emocje nie przysłaniają całego obrazu, pozwalają lepiej ocenić sytuację i podjąć odpowiednie działania w celu zmiany jej na własną korzyść. I już na sam koniec tej wyliczanki — umiejętność prowadzenia negocjacji. Znacznie łatwiejsze staje się życie kandydata/Kanclerza kiedy umie on wejść na poziom kuluarowych rozmów i negocjacji. Raz, że to pozwala ominąć wiele emocjonalnych pułapek, dwa, że jest bardzo skutecznym narzędziem realizacji wizji i celów.

Ktoś teraz powie — ale on się wymądrza, szkoda, że sam tak nie umiał. Nie umiałem. Nie wszystko i nie zawsze. Nie jestem, nie byłem i pewnie nigdy nie będę doskonały. Ale wiem, jaki bym chciał być. To właśnie opisałem wyżej. Podlewając to pewną administracyjną sprawnością jakoś dawałem radę. Czy to przychodziło łatwo? Czasem tak, ale zazwyczaj nie. Bo bycie Kanclerzem to bardzo często walka nie tyle z przeciwnikami, co z samym sobą. Czasem udana, czasem nie. Jestem, jakby nie patrzeć, tylko człowiekiem.

I takim samym człowiekiem jest każdy z Was. Każdy, kto ma chęci ma szansę zaistnieć jako niezwykle sprawny i świetny Kanclerz. Szlachetna Dama Alatriste stawia kilka pytań:
Cytuję:
Chcemy tylko rasowych polityków na urzędach? To jest kierunek, do którego Sarmacja zmierza? Czy Kanclerz musi mieć zasobną wiedzę z zakresu prawa, ekonomii, zasad gospodarki, kultury i psychologii społecznej? Czy Kanclerz musi znać się na wszystkim? Dlaczego ten urząd wypala? Dlaczego tyle się go boi? Dlaczego wymówką jest „nie mam tyle czasu”? Czy bycie Kanclerzem jest rolą pożądaną? Kanclerz = cyborg, zaprogramowany, by służyć Sarmacji?

To są cholernie ważne pytania, ale też niestety niektóre z nich są pytaniami z tezą. Nikt w Sarmacji, a myślę, że nie naruszam tu czyjegoś punktu widzenia, nie chce rasowych polityków. I nie, nie sądzę by Sarmacja w takim kierunku zmierzała. Sarmacja, owszem, zmierza w kierunku pewnej profesjonalizacji, ale to nurt naturalny, także wynikający wprost z tego, że my, uczestnicy, dojrzewamy, zdobywamy nowe umiejętności, automatycznie przenosimy je na świat wirtualny. Nikt nigdy nie oczekiwał, i na pewno nie oczekuje także dziś, by Kanclerz znał się na każdym aspekcie — prawie, kulturze, gospodarce, systemie… itd. Ja się nie znałem! Nigdy! Nie umiem programować — co nie przeszkodziło mi mieć systemu wizję. Nie umiem w kulturę — sam nie jestem jej konsumentem w nadmiernym stopniu więc i nie jest ona moim konikiem. Nie umiem w prawo — staram się, owszem, je rozumieć, wyciągać własne wnioski, ale nie raz się myliłem i musiałem uznawać argumenty innych. I tak dalej. Natomiast rola Kanclerza jest taka, że nawet jeśli na czymś się nie zna osobiście, to prędzej, czy później, będzie musiał podejmować także w tych aspektach decyzje. I wymaganie od Kanclerza by miał własne zdanie zamiast, jak mantra powtarzanego, „nie znam się” to nic zdrożnego. Kanclerz ma umieć znaleźć niezbędne informacje, zdobyć odpowiednie rady, które pozwolą mu odpowiedzi udzielić. Pisze też Julietta Alatriste o Kanclerzu-cyborgu, który ma mało życia realnego, 300 punktów aktywności i w zasadzie wszędzie go pełno. Ale nie zadała pytania Szlachetna Dama o to, w jaki sposób ktoś, kto jest tak obecny, daje radę. Założyła, a priori, że jest tak jak napisała. No to odpowiem. Miałem jeszcze niedawno ponad 300 punktów, w wielu tematach się wypowiadałem, w jeszcze większej liczbie nie. Poświęcałem swój czas i pracy i mojej realnej Rodzinie, która jest dla mnie najważniejsza. Sarmacja była przy okazji. Ja od dawna pracuję głównie przy komputerze — co mi szkodzi mieć KS otwartą w tle? Czasem coś na szybko odpisać? Co mi szkodzi rzucić okiem na komórkę gdy idę sobie posiedzieć na toalecie? Nic. Nie pochłania to ani mojego nadmiaru wolnego czasu (tym bardziej, że trudno mi mówić o wolnym czasie), ani nie przeszkadza w wypełnianiu innych czynności. Natomiast doskonale rozumiem, że nie każdy tak ma. I nigdy, przenigdy, od nikogo tego nie oczekiwałem. Nadal nie oczekuję. Ja (choć wiem, że kiedyś bywało inaczej) nie mam problemu z poczekaniem na odpowiedź, decyzję, działanie. Nauczyłem się tego.

Reasumując ten przydługi felieton — nikt nie oczekuje, że kandydat na Kanclerza, i później sam Kanclerz, będą profesjonalistami, pełnokrwistymi politykami, którzy zawzięcie walczą o swoje zdanie, są interdyscyplinarni, znający się na niemal każdej dziedzinie życia w Sarmacji. Ja nigdy taki nie byłem, nawet nie aspirowałem do takiej roli, czy opisu. Ale ważne jest by każda taka osoba zdawała sobie sprawę, że to nie jest zabawa w głosowanie na co wydamy pieniądze zbierane w ciągu roku szkolnego na SKO…
Dotacje
1 000,00 lt
Dotychczasowi donatorzy: John Rasmusen, Vanderlei Bouboulina-à-la-Triste.
Serduszka
7 623,00 lt
Ten artykuł lubią: Avril von Levengothon, Yennefer von Witcher, Orjon von Thorn-Surma, Roland Heach-Romański, Krzysztof von Thorn-Macak, John Rasmusen, Vanderlei Bouboulina-à-la-Triste, Henryk Wespucci, Andrzej Fryderyk, Juliette Alatriste, Tomasz Ivo Hugo.
Komentarze
Juliette Alatriste
Mam nieodparte wrazenie, xe cały ten artykuł przybrał formę obrony, wrcz krzyczy "nie jestem nołlajfem".
/niedościgniony ideał? Owszem, technicznie rzecz biorąc. Ale czy ktoś chciałby osiągnąć aż tak zaawansowany poziom w mikronacjach? To naturalne, że niedościgniony.
Odpowiedz Permalink
Robert Fryderyk
Hm. Bardzo mi smutno, ze jednak tak klarownie wyłożone tezy o tym jaki powinien być Kanclerz nie znalazły zrozumienia u Ciebie Julietto... Za to znalazło cos, czego nie napisałem, co ewentualnie jest li tylko tlen, nic nie znaczącym epizodem całego felietonu.
Odpowiedz Permalink
Sorcha Raven
A mnie nie interesuje
Cytuję:
jaki powinien być Kanclerz
ponieważ dla mnie nowe wybory- nowe rozdanie, a równanie do ostatnio urzędującego Kanclerza jest groteskowe. Każda osoba startująca na tę funkcję/stołek ma swoją wizję Sarmacji i tak być powinno. Nikt nie będzie powielał działań, polityki czy ogólnych zasad ustępującego Kanclerza, to se nevrátí.
Każdy ma prawo do swojego programu oraz takich czy innych przemyśleń. Nigdzie nie jest napisane w prawie sarmackim (przynajmniej mnie się w oczy nie rzuciło), że osoba startująca na urząd Kanclerza ma mieć realne doświadczebnie polityczne i realizować z góry utartą pozę kanclerzowania (taką jaką pozostawił ostatni Kanclerz).
Przypomnę wszystkim, że w mikronacjach każdy ma szansę na wykazanie się, a z góry "uwalanie" kogoś jest zwyczajnie prostackie i żywcem ściągnięte z reala...
A teraz prorokuję, że każdy następny kandydat na to stanowisko, jeśli przynajmniej w 1/3 nie spełni wymagań ostatnio urzędującego Kanclerza von Thorna nie ma co liczyć na przychylność, a wręcz przeciwnie. A ja bym, dala szansę każdemu, kto ma ochotę się sprawdzić na tym stołku o ile ma program, nawet gdyby jego kadencja trwala miesiąć, bo przecież przewodnim haslem mikronacji jest "możesz być kim chcesz, ogranicza Cię tylko Twoja wyobraźnia", zatem każdemu wolno o ile spełnia wymogi, a ataki na niego, dyskredytowanie go czy wręcz sugerowanie że nie nadaje się na to stanowisko jest paskudne, to tak jak pies ogrodnika.
Powinna obowiązywać zasada- ktoś Tobie dał szansę, daj ją innym. Nie wszyscy są realnymi politykami, a Sarmacja to miejsce, gdzie ludzie wcale nie szukają stresu i innych, którzy obrzucają ich błotem, wręcz przeciwnie, szukają rozrywki i spróbowania czegoś nowego, choć wirtualnie.
Miłego dnia.
Odpowiedz Permalink
Tomasz Ivo Hugo
Hm, ciężko nazwać ten artykuł polemiką. Akurat zgadzam się z wymową artykułu Szlachetnej Damy, a ten artykuł nazwałbym dopełnieniem, od kogoś, kto całkiem niedawno był po drugiej stronie. Szlachetna Dama opisała to od strony "zwykłego obywatela" i myślę, że dobre wrażenie odniosła.

Tu można zauważyć pewne paradoksy życia sarmackiego. Z jednej strony silny sprzeciw na jakiekolwiek wymogi aktywności, z drugiej - oczekiwania (często nawet niewypowiedziane zwłaszcza temu, wobec którego się oczekuje) niewiadomo jakiej aktywności od Namiestników, Kanclerza, Ministrów czy nawet księcia. Z jednej strony powtarzamy "możesz być kim chcesz", z drugiej - oczekujemy na każdym niemal kroku doświadczenia, przygotowania, profesjonalizmu.

Bardzo niedobrze byłoby, gdybyśmy mieli dążyć w zbyt wielu dziedzinach do profesjonalizmu. Tak na prawdę... NIGDZIE nie powinniśmy do niego dążyć. I zanim podniosą się głosy sprzeciwu. Programowanie - ok, mamy profesjonalną NIA, ale co z amatorem JKW Piotrem II Grzegorzem? Na każdym niemal kroku powtarza, że jest amatorem, a na przeciwległym biegunie stawia właśnie NIA. Czy ktoś narzeka na jego amatorstwo? Prawo? Ok, nie można w aktach prawnych pisać opowiadań i wierszy, ale z drugiej strony czy to właśnie ten zbytni profesjonalizm nie doprowadził do tego, że pojawiają się narzekania Sarmatek i Sarmatów na sarmackie prawo? A z trzeciej strony - proszę poszukać w archiwach ilu nie-profesjonalistów proponowało ustawy, celne poprawki.

Musimy zewsząd i w każdej dziedzinie dopuszczać amatorów - profesjonaliści, obok tego, że będą się też bawić, niech będą wentylem bezpieczeństwa, żeby czasem amator czegoś nie zepsuł. Ale może i amator to wentyl bezpieczeństwa - dla tego, co robią profesjonaliści, żeby zbytnim profesjonalizmem nie zepsuli innym radości z zabawy ;)
Odpowiedz Permalink
Juliette Alatriste
Przecież zaznaczyłam, że to moje wrażenie.

To nie jest polemika. Piszemy o czymś innym, ja o wymaganiach stawianych kandydatowi, Ty przybliżasz specyfikę urzędu, jak to wygląda od środka. Jakby neutralizujesz. Stawiasz urząd w optymistyczniejszym świetle, i wiesz? Dobrze, że napisałeś ten artykuł. Bo to zamknięte grono u władzy nie daje poznać metod swojej pracy. Wiemy i widzimy jak dochodzi się do owej władzy, ale co potem? Niemalże wszystko dzieje się zakulisowo.

Trochę nie wiem, gdzie w tym wszystkim zgubił się indywidualizm. I jak to ma się do rzeczywistości. Wymieniasz szereg cech, ale zaznaczasz, że nie trzeba ich wszystkich posiadać. Odniosę teraz to do rzeczywistości – Fryderyk, który kładł nacisk na rozwój kultury, został zmieciony za nieznajomość gospodarki. Nie można mu zarzucić braku chęci, starał się przecież. Nie każdy jest aż tak gruboskórny.
Odpowiedz Permalink
Roland Heach-Romański
Proszę rozwinąć myśl „został zmieciony” ;)
Odpowiedz Permalink
Juliette Alatriste
W ciemię bici nie jesteście, domyślicie się ;)
Odpowiedz Permalink
Robert Fryderyk
Kochani, pospołu, chcę zwrócić Waszą uwagę na jeden fakt — wyróżniłem tylko i wyłącznie jedną cechę, którą MUSI się legitymować kandydat. Żadnej innej. Reszta cech jest, w moim przekonaniu, fakultatywna. Dziwi mnie odbiór tego felietonu. Autentycznie. Pani Raven pisze o wymaganiach — nie stawiam takowych. Wręcz przeciwnie, piszę o tym, że każdy może się w tej roli odnaleźć jeśli tylko ma ku temu chęci. Reszta cech to sprawy, które życie ułatwiają, ale bez nich też można próbować. Warto jednak na spokojnie przeczytać.

To samo tyczy Pani Alatriste, które teraz już nie widzi w tym polemiki (a ja jednak się uprę) i w dodatku sugeruje, że jakiś kandydat został zmieciony. Nie został. Dostał kilka pytań, neutralnych, acz zanurzonych, i rozwijających, ale jednak tylko pytań. I na tym poległ. To go zdyskwalifikowało. Sam się zdyskwalifikował. Zanim czytelnicy zdążyli wyrobić sobie zdanie, on uciekł z pola walki. Słabe to i smutne.

Nikt nigdzie nie neguje zasad indywidualizmu — zaryzykuję również stwierdzenie, że mój felieton wręcz przeciwnie, właśnie na niego stawia. W jaki sposób? No właśnie w taki, że fakultatyzuje większość cech jakie się na tym stanowisku przydają. Każdy może w indywidualny sposób do nich podchodzić i albo to mieć, albo nie mieć. Co do gruboskrórnści - zgoda, ale też umówmy się, że póki co kandydat von Hohenzollern nie miał grubości swej skóry wystawionej na testy... a mimo to... No cóż.

I tyle. Dziwi mnie odbiór tego felietonu. Szalenie mnie dziwi. Może winienem zacząć pisywać pod pseudonimem, by już samo moje nazwisko pod tytułem nie powodowało postawienia tezy?
Odpowiedz Permalink

Musisz się zalogować, by móc dodawać komentarze.